fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Jędrzej Bielecki: Bezsilna Unia Europejska, lennik Ameryki

Spotkanie szefów dyplomacji UE i Iranu do dziś się nie odbyło, bo Irańczycy zdali sobie sprawę, że tak naprawdę Josep Borrell nikogo nie reprezentuje.
AFP
Kryzys irański pokazał, że zjednoczona Europa nie ma wspólnej polityki zagranicznej. A to wpływa na inne obszary jej działania, jak obrona czy handel.

Test przyszedł bardzo szybko. Zaledwie kilka tygodni po objęciu przez nową ekipę władzy w Brukseli i słynnym już wywiadzie dla „Economista” Emmanuela Macrona, w którym ogłosił, że NATO znalazło się w stanie „śmierci klinicznej”, kryzys irański pokazał, jaka jest naprawdę rola Unii na świecie.

Zaraz po zabiciu przez Amerykanów w Bagdadzie 3 stycznia jednego z najważniejszych irańskich generałów Kasema Sulejmaniego na świat padł strach. Mówiono o możliwości wybuchu „trzeciej wojny światowej”, jeśli Iran odpowie atakiem rakietowym. W tym kluczowym momencie Josep Borrell, nowy przedstawiciel ds. zagranicznych Unii, zaprosił na rozmowy do unijnej centrali szefa irańskiej dyplomacji Mohameda Javida Zarifa. Spotkanie do dziś się jednak nie odbyło, bo Irańczycy zdali sobie sprawę, że tak naprawdę Borrell nikogo nie reprezentuje.

Przeczytaj także: Rozruchy w Teheranie. Niespodziewane skutki katastrofy

Do wypracowania wspólnego stanowiska Unii nigdy bowiem nie doszło. Macron, który jeszcze niedawno miał ambicję „pośredniczenia” między Waszyngtonem i Teheranem, zadzwonił po śmierci Sulejmaniego do premiera Iraku Adila Abd al-Mahdiego, aby zapewnić go o poparciu Francji dla „irackiej suwerenności”. Dlaczego tego samego nie zrobił po irańskim ataku rakietowym na bazy w Iraku – nie wiadomo.

Polska, która odegrała w minionym roku istotną rolę w sprawie Iranu, organizując w Warszawie konferencję bliskowschodnią, była skoncentrowana na sporze historycznym z Władimirem Putinem. Wielka Brytania miała całą uwagę zajętą wyjściem z Unii, Hiszpania – utworzeniem pierwszego od lat rządu większościowego dzięki przyzwoleniu katalońskich secesjonistów, a Włochy – powstrzymaniem powrotu do władzy przywódcy populistycznej Ligi Matteo Salviniego.

Decydująca wydaje się jednak postawa Niemiec. W czasie kryzysu finansowego dziesięć lat temu Berlin odegrał kluczową rolę w uratowaniu strefy euro. Teraz jednak Angela Merkel jest słaba, to ostatni rok jej rządów, koalicja CDU/CSU-SPD dogorywa. W sobotę kanclerz była w Moskwie, gdzie priorytetem było dokończenie budowy Nord Stream 2 – mimo amerykańskich sankcji. W tej sytuacji sprawa irańska zeszła na dalszy plan, a o obietnicy sprzed lat, że przed wizytą na Kremlu każdy niemiecki przywódca odwiedzi Warszawę, nikt już nie pamiętał.

By zachować pozory, że Unia jednak ma jakieś wspólne stanowisko, Bruksela broni utrzymania przy życiu umowy o rozbrojeniu nuklearnym z Iranem z 2015 r. Wspólnocie nie udało się jednak ani powstrzymać katastrofalnych skutków gospodarczych dla Iranu amerykańskich sankcji, ani skłonić Teheranu do wstrzymania procesu wzbogacania uranu po zabiciu Sulejmaniego. Szef MSZ Wielkiej Brytanii Dominic Raab zasygnalizował zresztą, że rozważa wyjście z porozumienia z Iranem. To oznaczałoby, że Francja i Niemcy pozostałyby jedynymi sygnatariuszami ze Wspólnoty tej umowy sprzed pięciu lat.

Test irański jest dla Europy ważny nie tylko dlatego, że Bliski Wschód leży pod bokiem Unii (a nie Stanów) i to ona zapłaci bezpośrednią cenę destabilizacji tego regionu w postaci fali terroryzmu czy uchodźców. To także precedens dla autorytarnych potęg, którym trudno nie dojść do wniosku, że z krajami „27” nie trzeba się liczyć. Po sukcesie w Syrii Rosja przejmuje więc kluczową rolę w Libii, gdzie podzieliła się wpływami z Turcją. Włochy, dawna potęga kolonialna i najbliższy sąsiad Trypolisu, są nieobecne. Następnym dominem, które może paść w tej grze, jest Ukraina, tym bardziej że Nord Stream 2 pokazuje, jakie są granice niemieckiego zaangażowania w obronę niezależności Kijowa.

Unia okazała się w sprawie irańskiej bezsilna nie tylko dlatego, że wszystkie jej główne kraje członkowskie są zajęte własnymi sprawami. Różnice między Merkel i Macronem w wizji rozwoju Unii powodują, że niemiecko-francuski tandem, najważniejszy motor integracji, nie działa. Z kolei brexit pozbawił Unię jedynej obok Francji potęgi wojskowej zjednoczonej Europy.

Brak realnej, wspólnej polityki zagranicznej ma poważne konsekwencje dla innych obszarów działania UE. Jak można budować wspólną armię, jeśli nie wiadomo, do czego miałaby służyć? Jak można prowadzić skuteczną politykę handlową, jeśli pozostaje się biernym obserwatorem starcia USA i Chin w sprawie przyszłych zasad współpracy ekonomicznej na świecie?

To wszystko sprowadza Europę do roli wasala Ameryki. To niełatwy układ. Ale po deklaracji Macrona o „śmierci klinicznej NATO” Berlin zdecydowanie wystąpił w obronie sojuszu, podobnie jak Polska i inne kraje Unii. Bo mimo wszystko, trzymając się terminów średniowiecznych, lepiej mieć seniora, niż pozostawać zupełnie bezbronnym.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA