Przed paroma laty w znanym naukowym czasopiśmie „Behavioral and Brain Sciences" wydawanym w Cambridge ukazał się artykuł napisany przez trzech profesorów University of British Columbia zatytułowany „Najdziwniejsi ludzie świata?".

Tekst J. Henricha, S.J. Heinego i A. Norenzayana zawierał następujące tezy:

Pierwsza – aż 96 proc. populacji objętej badaniami przez psychologów pochodzi z krajów Zachodu, których ludność stanowi jedynie 12 proc. populacji całego świata. Teza druga – nawet wewnątrz tej mocno nietypowej próby dokonuje się niezwykle niereprezentatywnego doboru uczestników badań. Albowiem – autorzy przytaczają przykład najważniejszego czasopisma z dziedziny psychologii „Journal of Personality and Social Psychology" – aż 67 proc. spośród osób badanych w Ameryce i 80 proc. badanych spoza Stanów Zjednoczonych to studenci psychologii. Już w przypadku USA oznacza to 4000 razy za dużą reprezentację amerykańskich studentów w tzw. losowej próbie (a podobny problem dotyczy „losowych" badań w kognitywistyce oraz ekonomii).

Teza trzecia – niezwykle silna amerykańska dominacja w psychologii nie wynika z podobnie unikalnej pozycji amerykańskich uczelni. Żadna bowiem z 19 gałęzi wiedzy, które zbadali, nie ulega tak silnym amerykańskim wpływom jak psychologia. W tej ostatniej dziedzinie aż 70 proc. cytowań pochodzi z badań amerykańskich i tak wysokiego wskaźnika nie ma żadna inna dyscyplina (np. chemia 37 proc.).

Czytaj więcej

Dziennik pisany nocą

***

Dlatego profesorowie z British Columbia twierdzą, że uprawiana dzisiaj psychologia zajmuje się prawie wyłącznie „dziwnymi ludźmi" – weird people. Słowo weird (ang. dziwny) jest w tym przypadku zręcznym akronimem od Western, Educated, Industrialized, Rich, and Democratic. Henrich, Heine i Norenzayan twierdzą więc, że psychologia zajmuje się bardzo specyficznymi – w skali globu – społecznościami, takimi, które należą do świata Zachodu, są dobrze wykształcone, uprzemysłowione, bogate i demokratyczne. Istota problemu polega jednak na tym, że „główne czasopisma naukowe i podręczniki akademickie rutynowo w publikowanych wynikach badań uogólniają swoje tezy do wszystkich »istot ludzkich« albo »ludzi«, czyniąc to w oparciu o badania wykonane wyłącznie z udziałem należących do WEIRD studentów".

A zatem obiektywni z definicji badacze, pracując na bardzo podobnej do siebie próbie badanych, dokonują całkowicie nieuprawnionych uogólnień dotyczących pracy ludzkiego umysłu i ludzkich zachowań, a potem przyjmują je za naukową normę, według której oceniane są zachowania całej ludzkiej populacji. Tymczasem – podkreślają uczeni – „osobnicy WEIRD częstokroć mogą być najgorszą populacją do tego, by wyprowadzać z niej uogólnienia (...) najgorszą subpopulacją, którą jest sens studiować, aby wyprowadzać z niej generalizacje dotyczące gatunku Homo sapiens".

Problemem nie jest więc samo istnienie osobników WEIRD. Jest to liczna i ważna grupa społeczna w skali świata. Mieści się w niej również spora część społeczeństwa polskiego. Natomiast naprawdę poważnym problemem jest to, że jej przedstawiciele często uważają swoje poglądy za jedynie słuszne. Rzecz jasna przydarza się to prawie każdej grupie ludzkiej. Jednakże, primo, żadna inna społeczność nie ma takich wpływów politycznych, ekonomicznych i medialnych jak populacja WEIRD. Secundo, często uważa ona swoje poglądy za potwierdzone przez naukę, a więc uniwersalne, absolutne, niepodlegające dyskusji i takie, które pozwalają, by narzucać je innym.

Problem ten w różnym stopniu dotyczy różnych mniejszych społeczności, które wspólnie tworzą populację „dziwnych ludzi". Dlatego – posługując się metodą badaczy z University of British Columbia – w ramach „WEIRD people" chciałbym wyodrębnić stosunkowo niewielką podgrupę – tych „naj-WEIRD", „najdziwniejszych" – która w życiu całej społeczności WEIRD pełni istotną funkcję. Nazwałbym ją grupą osobników SAP – akronimem pochodzącym od słów Successful (często Single), Agnostic (często Atheist) i Progressive. Chodzi mi więc o grupę ludzi, którzy odnieśli w życiu sukces, którzy nie wierzą w Boga, ale wierzą głęboko w postęp ludzkości. Gwoli uczciwości, trzeba też dodać, że w angielskim slangu sap – delikatnie mówiąc – znaczy „niemądry" czy „łatwowierny". Ta „niemądrość" nie wynika, rzecz jasna, z faktu odnoszenia sukcesów ani też z niewiary w Pana Boga. Jest ona przede wszystkim powiązana z wiarą w postęp oraz przekonaniem, że poglądy SAP są jedynie słuszne i obiektywne, bo potwierdzone przez naukę (acz jestem przekonany że fakt odniesienia osobistego sukcesu, a także niewiara w Boga ułatwiają akces do tej „progresywnej" formy wiary).

Osobnicy SAP tworzą elitę społeczności WEIRD. To oni w ostatnich stuleciach dominują w mediach i na uniwersytetach. To oni tworzą intelektualne mody i kształtują opinię publiczną. To oni mają znaczący wpływ na politykę i proces kształtowania legislacji w krajach Zachodu.

To właśnie osobnicy SAP – często ludzie niezwykle wybitni – jak wynalazca telefonu Graham Bell, pisarze George Bernard Shaw czy Herbert George Wells, sławny ekonomista John Maynard Keynes, dyplomaci, społecznicy oraz podwójni nobliści, np. Alva i Gunnar Myrdalowie (a w Polsce, acz z mniejszą dozą radykalizmu, Ludwik Krzywicki, Tadeusz Boy-Żeleński czy Janusz Korczak), zajmowali się w zeszłym stuleciu propagowaniem „naukowej eugeniki", która zamiast „lepszej gatunkowo ludzkości" przyniosła światu „naukowy rasizm" i – jak zauważał w tekście „Lekcja biologii" Czesław Miłosz – „wytworzyła pewien ogólny klimat, w którym mógł powstać pomysł bezwzględnej likwidacji milionów ludzkich istnień dla celów rzekomej społecznej higieny". Oprócz straszliwej patologii nazizmu trzeba też pamiętać o powszechnych wówczas eugenicznych prześladowaniach, które wspierała opinia publiczna w krajach WEIRD: o więzieniu bez sądu, o przymusowej sterylizacji lub lobotomii oraz o sankcjonowanej przez państwo dyskryminacji setek tysięcy niewinnych osób, w czym celowały USA i Australia, Szwecja i Norwegia, ale problem ów dotyczył także wielu innych państw Zachodu. (...)

Czytaj więcej

Tajemnice starej fotografii

***

Czy naprawdę wierzycie, że usuwanie wszelkich form religijności z przestrzeni publicznej jest rozwiązaniem „bezstronnym" i „neutralnym", i nie macie na tyle empatii, by dostrzec, że dla wierzących jest to postulat odgórnego ateizowania państwa? Jak słusznie zauważył amerykański prawnik, ortodoksyjny żyd Joseph Weiler, broniący krzyża przed Trybunałem w Strasburgu: jeżeli w jednym z domów pouczano dziecko, że krzyż to znak, dla którego w imię fanatyzmu i nietolerancji zamordowano wiele osób i który jest sposobem podkreślania chrześcijańskiej dominacji w przestrzeni publicznej, a w innym domu rodzice nauczali dziecko chodzące do tej samej klasy, że krzyż to znak najczystszej miłości, że jest oznaką ofiarowania siebie dla dobra innych ludzi, symbolem tolerancji, bo za każdego człowieka umarł Chrystus, to nie można uznać, że jedynym sprawiedliwym rozwiązaniem jest zdjęcie krzyża. Raczej znaczy to, że mamy poważny problem, który powinniśmy starannie zbadać i rozwiązać w sposób optymalny dla danej społeczności.

Przyjęte w kręgu SAP rozwiązania „neutralności" w duchu liberum veto (wystarczył sprzeciw jednego rodzica, by obalić w całej szkole 25-letnią tradycję ekumenicznej modlitwy – wspólnej dla katolików, protestantów i świadków Jehowy) nie są bezstronne, ale konsekwentnie dyskryminują wierzących. Sugestie, że oblat benedyktyński nie może być urzędnikiem państwowym (a gdyby to był „zielony", goszysta czy mason, problemu by nie było) czy też że wyjazd delegacji rządowej na kanonizację Jana Pawła II narusza „świeckość" polskiego państwa (do Watykanu przybyło 43 przywódców narodowych, a także 23 ministrów, przewodniczący Rady Europejskiej oraz szef Komisji Europejskiej, byli też wiceprezydent Chin i przedstawiciele innych wyznań i religii), głęboko urągają poczuciu sprawiedliwości. Radykalizują też wszystkich ludzi wierzących (dla których warunek: możesz być katolikiem, ale nikt o tym nie będzie wiedział, jest nie do przyjęcia), a postawom skrajnym, ideologicznym, dodają wiatru w żagle.

Jeśli zatem SAP naprawdę chcą modernizować Polskę, to muszą pamiętać o kapitale społecznym i jego fundamencie – kapitale moralnym. Przy tak pojętej „neutralności światopoglądowej" nie da się go zbudować. I nie pomoże tu słabo skrywana radość i nadzieja, podpierana statystycznymi badaniami, pokładana w „pełzającej sekularyzacji". Nawet jeżeli utrzymają się wszystkie trendy statystyczne i w ciągu kolejnych 30 lat o kolejne 10 proc. zmniejszy się uczestnictwo we mszy świętej, to będziemy wtedy mieli 2045 rok i nadal 1/3 Polaków uczęszczających co niedzielę do kościoła (oraz sporą część uczęszczającą dwa, trzy razy w miesiącu), ale będą to ludzie znacznie bardziej okrzepłej, dojrzałej i uformowanej wiary. Bez ich udziału też nie wzmocni się kapitału moralnego w polskim społeczeństwie. Ponieważ jednak poważne problemy w Europie ujawniają się coraz szybciej, to ekstrapolowanie obecnych tendencji aż do 2045 roku wydaje mi się zgoła niedorzeczne. A wobec tych problemów współcześni SAP są bezradni. Są dziećmi czasu, historycznie patrząc: czasu stabilności i prosperity, pozwalającemu wierzyć w postęp i życiu sicut Deus non daretur.

Czytaj więcej

#1500PlusMinus: Izrael narodził się w Polsce

Czy „najdziwniejsi ludzie świata" – elita – to zrozumieją? Czy dostrzegą element coraz większego anachronizmu i coraz bardziej niebezpiecznej ideologii w swej wizji świata i swoich metodach działania? Czy też pozostaną przy swojej mantrze: I znowu mówią, że Ford... że kino...Że Bóg... że Rosja... radio, sport, wojna...?

Czas biegnie szybko, więc jeśli uda mi się osiągnąć przewidywaną długość życia polskiego mężczyzny, to mam nadzieję – jeszcze po tej stronie wieczności – poznać odpowiedzi na te ważne pytania.

O. Maciej Zięba (1954-2020)

Fizyk, teolog i filozof. W latach 1973–1981 związany z opozycją demokratyczną. W 1981 roku wstąpił do zakonu. W latach 1998–2006 był prowincjałem Polskiej Prowincji Dominikanów, szefował wydawnictwu W Drodze, stworzył Instytut Tertio Millennio i Europejskie Centrum Solidarności, popularyzował nauczanie Jana Pawła II. Już po śmierci o. Zięby jego nazwisko znalazło się w centrum kontrowersji związanych ze skandalem seksualnym we wrocławskim duszpasterstwie akademickim. Zarzucono mu, że nie zapobiegł nadużyciom dokonywanym przez o. Pawła M. i nie zadośćuczynił jego ofiarom