Ostatnie publikacje GUS, pokazujące ogromne różnice w zarobkach w zależności od wielkości firmy, wywołały dyskusję w mediach społecznościowych. Posłanka Lewicy Anna Żukowska nazwała mikroprzedsiębiorstwa, gdzie płace są bardzo niskie, „biedafirmami". Nie spodobało się to wielu komentatorom, uznającym, że sformułowanie to jest obraźliwe dla ludzi pracy, którzy podejmują ryzyko prowadzenia własnego biznesu.

Według ekonomistów hasło „biedafirma" może nie jest najszczęśliwsze, ale coś w tym jest. – Niestety, mamy w Polsce bardzo dużo mikrofirm, czyli takich zatrudniających do dziewięciu osób. Ale większość z nich to działalność taka rachityczna, nastawiona raczej na przeżycie, a nie na rozwój w większy biznes – mówi Paweł Wojciechowski, były minister finansów. – To niestety zwykle podmioty o małej skali i nie uzyskują wysokich dochodów. Płacą swoim pracownikom tyle, ile mogą, a więc zwykle niewiele – dodaje.

– Wysokość płac zawsze jest powiązana z wydajnością. A jak wynika z badań Forum Obywatelskiego Rozwoju, w mikroprzedsiębiorstwach ta wydajność w przeliczeniu na jednego zatrudnionego jest po prostu znacząco niższa niż w tych większych – zaznacza też Aleksander Łaszek, współautor tych badań. Jak dodaje, wynika to m.in. z braku korzyści skali, niskiej specjalizacji stanowisk pracy, relatywnie niewielkich inwestycji, wyposażenia kapitałowego pracy, branży, lokalizacji, itp.

– Nie znaczy to, że pracujący w mikrofirmach są mniej wydajni albo gorzej pracują. Po prostu, szef jest w stanie zapłacić im tyle, ile wartości są w stanie wyprodukować w czasie jednej godziny pracy – mówi też Jakub Sawulski, główny ekonomista Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Z danych GUS wynika, że wynagrodzenie w przeliczeniu na jednego zatrudnionego (nie obejmuje więc właścicieli firm) w mikrofirmach wynosiło w 2020 r. 3,5 tys. zł na miesiąc, zaś w dużych firmach, zatrudniających powyżej 250 osób – aż 6,3 tys. zł. Największe różnice widać w budownictwie, gdzie zatrudnieni w największych podmiotach zarabiają o prawie 180 proc. więcej niż w tych najmniejszych, a także w branży profesjonalistów – 120 proc. więcej.

Z kolei najmniejsze różnice dotyczą takich sektorów jak działalność wspierająca, a także handel. Tu pracujący w dużych firmach zarabiają odpowiednio 33 i 50 proc. więcej niż w tych mikro.

Wysokość zarobków w najmniejszych przedsiębiorstwach – podobnie jak na całym rynku pracy – zależy też od miejsca działalności. Na Mazowszu średnie wynagrodzenie wyniosło ok. 4,85 tys. zł, ale w woj. podkarpackim czy lubelskim – poniżej 3 tys. zł. Te różnice to efekt siły lokalnych rynków. Mieszkańcy metropolii, gdzie działa dużo różnych firm, oferujących dobrą pracę i płace, mogą zapłacić za usługi świadczone przez mikropodmioty dużo więcej niż mieszkańcy miejscowości, gdzie największym pracodawcom jest sektor publiczny, a lokalny biznes jest bardzo drobny i słaby.

– Poza tym warto zwrócić uwagę, że oficjalne statystki wynagrodzeń nie obejmują płac w szarej strefie. Tymczasem z naszych badań wynika, że aż 30 proc. pracujących w mikrofirmach otrzymuje zarobki „pod stołem", podczas gdy w małych, średnich i dużych „tylko" 10 proc. – zaznacza Sawulski.