Zdaniem naszego rozmówcy — właśnie z powodu tej presji kapitan prezydenckiej maszyny nie skorzystał, mimo fatalnej pogody w Smoleńsku z możliwości lądowania w Moskwie, czy Mińsku. Przy tym doszła jeszcze dodatkowo presja gwałtownie spadających zapasów paliwa. Jeśli jest rzeczywiście tak, jak usłyszeliśmy z pierwszych przekazów, że prezydencka maszyna podchodziła trzykrotnie do lądowania, kapitan nie miał innego wyjścia, jak lądować po raz czwarty, także w Smoleńsku. — Każde podejście do lądowania Tu-154 oznacza spalenie co najmniej kilku ton paliwa. W tej sytuacji pilot nie miał już wyboru, musiał lądować, ponieważ nie wystarczyłoby mu paliwa, aby dolecieć na jakiekolwiek inne lotnisko. Gdyby mógł, z pewnością „odszedłby” i poleciał dalej.

— Nie ma również takiej możliwości, by jakikolwiek samolot mógł bezpiecznie wylądować po tym, jak skrzydło z ogromną siłą uderzyło w drzewo. Do dzisiaj widzimy dokładnie ślad, jaki pozostał po katastrofie Ił 62 w Lesie Kabackim. Dzisiaj widać również jaką drogę zostawił po sobie samolot prezydencki w Smoleńsku.

- Jestem cywilem, latam w regularnej linii lotniczej i wożę pasażerów. To zupełnie inna sytuacja, niż w lotnictwie wojskowym, gdzie piloci wykonują rozkazy. W samolocie, który pilotuję, to ja podejmuję decyzję: czy ląduję, czy szukamy alternatywnego lotniska, czy wręcz w ogóle nie startujemy, bo warunki pogodowe na to nie pozwalają. Sytuacja, w której kapitan samolotu miałby wykonywać czyjeś polecenia jest dla mnie nie do przyjęcia - powiedział "Rz" pilot.