Czy władzom uda się utrzymać taki sposób informowania o katastrofie, by zachować wysokie zaufanie społeczne? Prof. Rychard jest sceptyczny. – Spotkania prokuratorów, którzy badają przyczyny katastrofy, z mediami każą przypuszczać, że postępowanie wyjaśniające będzie trwało długo. A kontrowersyjnych pytań, na które nie udziela się odpowiedzi, jest sporo – twierdzi.
W jaki sposób gabinet Donalda Tuska będzie informował o przyczynach katastrofy, okaże się w środę. Jak zapowiedział rzecznik rządu Paweł Graś, wtedy premier przedstawi „pełną informację dotyczącą zakończenia pierwszego etapu działania instytucji państwa, działalności komisji i wszystkich urzędów odpowiedzialnych za prace nad badaniem okoliczności wypadku”.
Z kolei już dziś premier spotka się z Edmundem Klichem, szefem Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Kilka dni temu wrócił on z Rosji, gdzie komisja bada przyczyny katastrofy pod Smoleńskiem. Po powrocie w TVN 24 ostro skrytykował działania polskiej administracji rządowej. Powiedział też, że jego komisja nie miała żadnego wsparcia w Rosji.
– Na moją skargę do ministra obrony Bogdana Klicha, że nie mam jeszcze tłumacza, dostałem odpowiedź: „To co pan robi tam od trzech dni? To pan powinien go sobie załatwić”. Dalej pan minister Klich, powołując się na swoje rozporządzenie, zmuszał mnie wprost do współpracy z polską prokuraturą – powiedział szef PKBWL.
Edmund Klich twierdzi też, że nasza administracja w relacji ze stroną rosyjską pozostaje w roli petenta.
Ryszard Kalisz, poseł lewicy, prawnik z wykształcenia, wyjaśnia „Rz”, że zawsze zasada jest taka, iż śledztwo prowadzi kraj, na którego terenie doszło do katastrofy lotniczej. – W każdej chwili jednak polska prokuratura może wystąpić do strony rosyjskiej o dopuszczenie jej do konkretnej lub wszystkich czynności procesowych. Może też poprosić o przejęcie śledztwa – wyjaśnia Kalisz.