Nowa Zelandia przeżywa dramat podobny do tego, jaki niedawno wydarzył się w Chile. W piątek w kopalni Pike River, 46 km na północny wschód od Greymouth na Wyspie Południowej, doszło do wybuchu. Dwóm lekko rannym górnikom udało się wyjść na powierzchnię. Trafili do szpitala Grey Ba-se. Kolejnych 29 – w wieku od 16 do 62 lat – zostało uwięzionych pod ziemią.
Wśród nich jest 24 Nowozelandczyków, dwóch Australijczyków, dwóch Brytyjczyków oraz obywatel RPA. Jak poinformowała dyrekcja kopalni, każdy z nich dysponował aparatem tlenowym i zapasem tlenu na pół godziny, co powinno pozwolić na dotarcie do miejsc przechowywania butli z tlenem. To bardzo ważne – bo chodnik kopalni zapewne wypełnił się trującym gazem.
O ile górnicy w Chile w chwili katastrofy znajdowali się około 700 metrów pod ziemią, o tyle Nowozelandczycy byli na głębokości 200 metrów. Dotarcie do uwięzionych i tak jest jednak bardzo utrudnione.
Natychmiast rozpoczęto akcję ratunkową. Uruchomione zostało wiertło, które miało dotrzeć do głębokości 162 metrów, poza zawalony odcinek korytarza. Podstawowym celem było pobranie próbek powietrza. Istniało bowiem uzasadnione podejrzenie, że w kopalni znajduje się metan, a to grozi kolejnym wybuchem. Urządzenia wentylacyjne przestały bowiem działać.
Równocześnie pod ziemię miały trafić kamery, urządzenia nasłuchowe, a także robot – pisał „New Zealand Herald“. Z górnikami nie ma bowiem łączności. – Największym problemem jest ich zlokalizowanie – mówił ekspert górniczy Dave Felkert. Według niego powodem eksplozji był metan, który eksplodował sam lub zmieszany z pyłem węglowym.