Były minister finansów – podobnie jak kilku innych niedawnych ministrów – dostał od premiera obietnicę startu do Parlamentu Europejskiego.

Problem polega na tym, że urodzony w Wielkiej Brytanii potomek polskich emigrantów nie ma w kraju żadnego regionu, z którym jest związany.

W dodatku ma tak duży elektorat negatywny, że w niektórych okręgach – choćby na wschodzie – praktycznie nie ma szans na wybór, nawet gdyby startował z pierwszego miejsca listy Platformy.

Rostowski płaci w ten sposób cenę za to, że przez 6 lat był budżetowym księgowym, a to najbardziej niepopularna posada w rządzie.

Punkt dotyczący byłego ministra finansów znalazł się w zamówionym sondażu TNS

Skoro jednak premier złożył Rostowskiemu obietnicę, to sztab wyborczy PO robi wszystko, aby upchnąć Rostowskiego w takim okręgu wyborczym i na takim miejscu, aby jednak się w europarlamencie znalazł.

Według naszych informacji punkt dotyczący Rostowskiego znalazł się w dużym przedwyborczym sondażu, który partia zamówiła w ośrodku badawczym TNS Polska. W badaniu tym bierze udział aż 7,5 tys. ankietowanych.

Dla porównania – tradycyjne badania poparcia dla partii przeprowadzane są na próbie ok. 1000 osób.

Rostowski testowany jest aż w pięciu okręgach – to rekord wśród kandydatów Platformy.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Przymierzany jest do „jedynki" na Mazowszu, w Wielkopolsce, w Kujawsko-Pomorskiem oraz w połączonym okręgu składającym się z Zachodniopomorskiego i Lubuskiego.

Może także startować z „dwójki" w Warszawie, gdzie listę otworzy była unijna komisarz Danuta Hübner. Żeby sprawdzić nastroje we wszystkich okręgach wyborczych, partia przyjęła zasadę, że w każdym z nich musi być zbadanych co najmniej po 500 osób. Ostateczny wynik sondażu i umieszczenie Rostowskiego w jakimkolwiek ze wspomnianych okręgów uruchomi personalną lawinę.

Szanse na wybór obecnych regionalnych europosłów, zepchniętych na dalsze miejsca, przez to mogą się zmniejszyć. A przy obecnych sondażach Platformy każde miejsce poza początkiem listy nie gwarantuje wyboru. Dlatego też w partii panuje atmosfera nerwowości.

Jeśli Rostowski będzie „jedynką" na Mazowszu, to o mandacie może zapomnieć Jolanta Hübner. Jeśli będzie „dwójką" w Warszawie, to mandat straci Paweł Zalewski.

Jeśli otworzy listę w Wielkopolsce, to utrudni wybór Filipowi Kaczmarkowi (co akurat premiera nieszczególnie martwi, bo Kaczmarek uważany jest za stronnika Grzegorza Schetyny). Lider Kujawsko-Pomorskiej PO Tomasz Lenz byłby nawet zadowolony, gdyby Rostowski wystartował w jego regionie, bo już od dawna chce się pozbyć europosła Tadeusza Zwiefki. Swojego dobrego kandydata nie mają też struktury zachodniopomorskie i lubuskie, bo we władzach PO już zapadła decyzja, by z list wyborczych wyrzucić europosła Sławomira Nitrasa, który skonfliktował się z lokalnymi strukturami partii.

– Jacek musi dostać takie miejsce, żeby miał gwarancję wyboru. I dostanie – mówi nam jeden ze sztabowców Platformy.

Sam Rostowski – jak wynika z naszych informacji – jest spokojny o swój mandat. Snuje już nawet dalsze plany. Rozpoczął zabiegi o stanowisko polskiego komisarza w Komisji Europejskiej. Konkurencję ma jednak mocną, bo o tę nominację starają się także szef MSZ Radosław Sikorski, obecny komisarz Janusz Lewandowski oraz jego poprzedniczka Danuta Hübner. Według naszych informacji, wbrew publicznym deklaracjom, wciąż w grze o stanowiska w Unii Europejskiej pozostaje premier Donald Tusk.