Premier Mateusz Morawiecki wie, że projekt reformy strefy euro nie przewiduje wprost tworzenia Unii dwóch prędkości. Linia budżetowa dla państw wspólnej waluty ma być integralną częścią unijnego budżetu, minister finansów strefy euro byłby jednocześnie komisarzem UE ds. gospodarczych, a Europejski Fundusz Walutowy byłby częścią wspólnotowej architektury instytucjonalnej.
Propozycja Komisji Europejskiej nie tylko nie dzieli UE, ale można nawet powiedzieć, że ją ponownie łączy, bo czyni zarządzanie strefą euro bardziej wspólnotowym niż jest dzisiaj. Bo teraz szef Eurogrupy jest poza wszelką kontrolą Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, a w przyszłym modelu będzie wiceprzewodniczącym KE, zatwierdzanym przez Parlament. Dziś ratujący państwa strefy euro Europejski Mechanizm Stabilności jest instytucją międzyrządową. W przyszłości też państwa strefy euro zachowałyby kluczowy wpływ na tę instytucję, ale jednocześnie pod nową nazwą – Europejskiego Funduszu Walutowego – byłby on zakorzeniony w unijnej legislacji.
Bruksela nie chce osobnego budżetu dla strefy euro, bo jak słychać w Komisji, to budżet UE będzie faktycznie budżetem strefy euro. Nie ma więc mowy o podziale UE na dwie prędkości, a raczej o jej powrotnym scalaniu. Ale polski rząd zdaje sobie także sprawę, że ten plan niesie poważne konsekwencje dla państw pozostających poza obszarem wspólnej waluty. Albo przedstawią wiarygodny plan dochodzenia do euro, albo znajdą się na marginesie europejskiej integracji. A to nawet gorsze niż druga prędkość. W debacie do tej pory plan zacieśnienia integracji strefy euro utożsamiano z jej instytucjonalnym wydzieleniem. Takie zresztą były zawsze pomysły francuskie: skoro cała UE nie chce się integrować w szybkim tempie, to trzeba się od niej oderwać w mniejszym gronie. Najbardziej logicznym jest to o zbliżonych interesach gospodarczych, czyli licząca obecnie 19 państw strefa euro. To, co zaproponowała Komisja Europejska, idzie w trochę innym kierunku: bez nowych instytucji, bez odrębnego budżetu, i praktycznie wszystkie nowe instrumenty dostępne dla wszystkich, nawet tych bez wspólnej waluty. Ale wszystko tak skonstruowane, żeby służyło spójności strefy euro. I pozostałym krajom ma nie pozostać nic innego, jak dołączyć do strefy euro. Do czego zresztą wszystkie, poza Danią, są zobligowane unijnymi traktatami. Paradoksalnie to odwrócenie logiki może zadziałać. Bruksela zrozumiała, że po Brexicie poza strefą euro pozostaną kraje tworzące tyko 15 proc. łącznego produktu krajowego brutto UE. I że żaden z nich nie będzie miał tak wyraźnie odrębnych interesów jak Wielka Brytania i takiego doświadczenia w blokowaniu unijnych inicjatyw. Nie ma więc żadnego powodu, żeby sankcjonować istnienie światów równoległych. Oczywiście zawsze przyjęcie euro wymaga wypełnienia kryteriów. Więc Bruksela mówi teraz, że może w tym pomóc, tworząc tzw. mechanizm konwergencji: wsparcia technicznego i finansowego w przeprowadzaniu koniecznych reform. Nikogo nie zmusi do przyjęcia wspólnej waluty, bo choć jest to obowiązek traktatowy, to czas jego wypełnienia pozostaje do decyzji zainteresowanego państwa. Można więc teoretycznie przeciągać to w nieskończoność. Ale może się to przestać opłacać.
Bo spójrzmy tylko. Państwa strefy euro mają już unię bankową, czyli mechanizm nadzoru nad dużymi instytucjami finansowymi. W razie problemów na ich ratowanie pospieszy cała Unia, czemu służy tworzony mechanizm uporządkowanej restrukturyzacji i likwidacji banków, którego finansowym zabezpieczeniem ma być EMF. Już nigdy państwo strefy euro nie stanie na skraju bankructwa z powodu problemów z bankami. Powoli budowany jest wspólny system ubezpieczenia depozytów, w którym znów w ostatniej instancji będzie europejski mechanizm gwarancji lokat deponentów.
Kolejna sprawa to minister finansów i gospodarki. To prawda, że bez budżetu i bez prawa wydawania instrukcji rządom państw strefy euro. Ale jeśli ten minister, który będzie szefem Eurogrupy, ma być jednocześnie wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej, to w jego interesie będzie takie prowadzenie spraw UE, żeby służyło to interesom strefy euro. Dodatkowo będzie on reprezentował strefę euro i UE na zewnątrz, czyli na przykład na szczytach G7 czy G20.