W Tunezji mówią na nią „Królowa uśmiechu” albo „Promień radości”. Taka postać dziś wydaje się w jej ojczyźnie wyjątkowo potrzebna, wobec braku powodów do jakiejkolwiek innej satysfakcji: koronawirus i kryzys gospodarczy doprowadziły kraj do politycznego impasu, a obywateli do rozpaczy.

Ons Jabeur to muzułmanka, która godzi ramadan z wyczynowym sportem i naprawdę uśmiecha się do całego świata poza chwilami walki na korcie. I nieoczekiwany wzór dla wielu dziewczyn, którym do głowy by nie przyszło, że można w niebogatym kraju północnej Afryki przebyć tak wyjątkową drogę.

Czytaj więcej

Iga Świątek - gwiazda, jakiej od dawna nie było

Ons Jabeur (po arabsku Uns Dżabir) często potwierdza, że jej wspinaczka na tenisowe szczyty to świetny wzór dla arabskich dziewczyn, które – patrząc na jej zwycięstwa – mogą uwierzyć w siebie. – Czuję się także ambasadorką Afryki i mego kraju – powtarza niemal w każdej rozmowie.

Czas hartowania

Trzy lata temu, gdy po raz pierwszy dotarła w Melbourne do ćwierćfinału turnieju Wielkiego Szlema, opowiadała, że „jest w stu procentach produktem Tunezji”. Ale tak naprawdę jej kariera ma także francuski i belgijski szlif, choć od trzeciego do 17. roku życia trenowała niemal wyłącznie na kortach tunezyjskich.

Początek dała mama Samira, która lubiła grać w tenisa, więc czwartemu dziecku (państwo Jabeur mają jeszcze dwóch synów Hatema i Marwena oraz córkę Yasmine) dała rakietę w dłoń, gdy mała Ons miała trzy lata. Obowiązki przejął wkrótce od mamy trener Nabil Mlika z centrum promocji tenisa w szkole w nadmorskiej miejscowości Sousse (Susa), niedaleko Monastiru. Trener Mlika ćwiczył z dziewczynką prawie dekadę.

2 turnieje

wygrała dotąd Ons Jabeur (Birmingham 2021, Madryt 2022)

To był czas hartowania małej Ons. Klub nie miał własnych kortów, ćwiczyło się gdzie popadnie, najczęściej na pobliskich kortach hotelowych. Gdy dziewczynka skończyła 13 lat, przeniosła się do stolicy. W Tunisie działa szkoła dla utalentowanych sportowców z całego kraju – Lycée Sportif El Menzah. Trochę było z tym płaczu, trochę namawiania, ale pojechała i wytrzymała.

Nagrodą stały się wielkie szlemowe juniorskie finały w Paryżu w 2010 i 2011 roku. Ten drugi wygrała. Dla tak zdolnej nastolatki pozostawanie w Tunisie oznaczało jednak zamknięcie na świat. Gdy stało się jasne, że warto inwestować w mistrzynię Roland Garros, pomogła tunezyjska federacja tenisowa i życzliwi ludzie. Utalentowana dziewczyna dostała pieniądze, by pojechać w 2012 roku do Europy na staże. Przeszła wówczas przez francuską akademię Patricka Mouratoglou, dostała się na całe osiem miesięcy do belgijskiej akademii Justine Henin.

Federacja dała na ten program 220 tysięcy dinarów, akademia Henin dołożyła równowartość 80 tysięcy (1 dinar to dziś ok. 1,4 zł, wówczas był mocniejszy) i dzięki temu poziom sportowy ambitnej dziewczyny znów wzrósł, choć może najważniejszym zyskiem z całej wyprawy było to, że mogła poczuć smak niezależności i odkryć, że dobrze daje sobie radę w wielkim świecie. W tym samym roku została tenisistką zawodową.

Rozpęd do obecnych sukcesów brała długo, ale można to zrozumieć – o wsparcie wielkich sponsorów było trudno (i nadal jest), organizacja życia turniejowego była w związku z tym niełatwa, koszty treningów ogromne, zwłaszcza w kraju bez infrastruktury tenisowej i rywalizacji na wysokim poziomie. No i otaczała ją powszechna niewiara w sukces. Wierzyli tylko rodzice, trener i mąż.

W 2015 roku wzięła ślub z Karimem Kamounem, synem Tunezyjczyka i Rosjanki, reprezentacyjnym szermierzem, który po karierze na planszy został trenerem przygotowania fizycznego i fizjoterapeutą. Od 2017 roku już na stałe towarzyszy żonie w pracy.

Arabowie, których jest w świecie ponad 420 milionów, mieli wcześniej ledwie piątkę tenisistów, których klasyfikowano w pierwszej setce rankingów

Od tego czasu, a także gdy na ponad dwa lata (2018–2020) szkoleniowcem Ons został Francuz Bertrand Perret (wcześniej prowadzący kariery m.in. Paula-Henriego Mathieu i Shuai Peng), a następnie gdy jego obowiązki przejął rodak, były tenisista Issam Jellali, Jabeur zaczęła pisać historię arabskiego tenisa: trzecia runda Roland Garros (2017), finał turnieju WTA (w Moskwie), awans do pierwszej pięćdziesiątki świata, trzecia runda US Open (2019), ćwierćfinał Australian Open (2020), wygrany turniej WTA, ćwierćfinał Wimbledonu (2021, kosztem Igi Świątek), potem pierwsza dziesiątka świata (2021), teraz już szóste miejsce.

Wygrała na razie dwa turnieje (Birmingham 2021, Madryt 2022), cztery razy grała w finałach. Kto ją widział na korcie, ten wie, że jej gra jest barwna, mnogość pomysłów na wygrywanie punktów znacznie przekracza normy WTA Tour, tak samo jak przywiązanie do skrótów (– Te wszystkie szalone uderzenia wyrażają prawdziwą mnie i nigdy z nich nie zrezygnuję – mówi Tunezyjka).

Popularność Ons w ojczyźnie jest tak duża, że w mediach społecznościowych można znaleźć wyznanie ciężarnej kobiety: „Jeśli urodzę dziewczynkę, nazwę ją Ons. Jeśli chłopca, dam mu na imię Jabeur”.

Trochę szaleństwa

W tym roku, podczas lutowego turnieju w stolicy Kataru, tłum, w którym byli zarówno Tunezyjczycy, jak i inni Arabowie, w czasie meczu Ons Jabeur wpadł w taką ekstazę, że skandował imię swej mistrzyni przed, w trakcie i po wymianach.

– Tak, było w tym trochę szaleństwa, czasem było trudno wytrzymać, ale przecież wiem, że oni nie znali zasad tenisa. Przenieśli na trybuny kibicowanie z piłki nożnej. Z drugiej strony widok ich wszystkich, zwłaszcza Tunezyjczyków, którzy podjęli ten wysiłek, by przyjechać i mnie zobaczyć, był niesamowity. Jestem dumna, widząc, że mam taki wpływ na ludzi – mówiła tenisistka.

Arabowie, których jest w świecie ponad 420 milionów, mieli wcześniej ledwie piątkę tenisistów, których klasyfikowano w pierwszej setce rankingów. Czwórkę mężczyzn i jedną kobietę, Selimę Sfar – los chciał, że także z Tunezji. Sfar dotarła w pierwszej dekadzie XXI wieku do 75. miejsca na świecie i kilka razy pojawiła się w drugich rundach Wielkiego Szlema. Z Ons Jabeur znają się doskonale, zaprzyjaźniły się w 2018 roku, sporo razem trenowały, można powiedzieć, że Selima zobaczyła w Ons swoją młodszą siostrę.

Czasem nowa gwiazda arabskiego sportu gra podczas ramadanu, wtedy jednak nie pości, liczy dni zaniedbania i odkłada post na później. Zwycięskiego szampana w Madrycie też grzecznie odmówiła, co świat muzułmański przyjął z dużym zadowoleniem.

Presja mediów i przyciąganie uwagi wcale jej nie martwią. – To normalne. Kiedy wygrywasz, jest przy tobie więcej ludzi. Lubię odpowiadać na pytania. To przyjemność i dziękuję wszystkim, którzy mi je zadają – mówi.

Trudno nie lubić Ons Jabeur.