Reklama

Recenzja: Msza za miasto Arras

W monodramie „Msza za miasto Arras" odbijają się jak w lustrze upiory naszej współczesności.
Janusz Gajos w pozornie beznamiętnej relacji wydobywa grozę całej opowieści

Janusz Gajos w pozornie beznamiętnej relacji wydobywa grozę całej opowieści

Foto: Teatr Narodowy/Krzysztof Bieliński

To największe wydarzenie w jubileuszowym sezonie Teatru Narodowego. Janusz Gajos powraca do powieści Andrzeja Szczypiorskiego „Msza za miasto Arras". Dziś ten monodram, w nieco innej inscenizacji i interpretacji, robi równie mocne wrażenie jak wersja sprzed 20 lat grana w Teatrze Powszechnym.

„Wiosną roku 1458 miasto Arras nawiedzone zostało klęską zarazy i głodu. W ciągu miesiąca niemal piąta część obywateli miasta straciła życie. W październiku roku 1461 z nie wyjaśnionych przyczyn nastąpiło słynne »Vauderie d'Arras«. Były to okrutne prześladowania Żydów i czarownic, procesy o urojone herezje, a także wybuch łupiestwa i zbrodni. Po trzech tygodniach przyszło uspokojenie. W jakiś czas potem Dawid, biskup Utrechtu, bastard księcia burgundzkiego Filipa Dobrego, unieważnił wszystkie procesy o czary i pobłogosławił Arras. Te właśnie wydarzenia stanowią kanwę niniejszej opowieści" – pisał Andrzej Szczypiorski we wstępie do „Mszy za miasto Arras".

Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

  • codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
  • pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama