Cztery lata temu niespodziewane zwycięstwo w Michigan postawiło na nogi zamierającą kampanię Berniego Sandersa przeciw Hillary Clinton. Tym razem ten kluczowy stan postawił jednak na Joego Bidena. To jego najważniejsze zwycięstwo, bo sukces na południu, gdzie większość stanowią Afroamerykanie, nikogo nie zaskoczył. Wiceprezydent już dwa tygodnie temu odniósł podobne zwycięstwo w Karolinie Południowej dzięki poparciu czarnoskórych wyborców.

Sanders liczył, że uda mu się powtórzyć strategię Donalda Trumpa z 2016 r. Tak jak nowojorski miliarder przyjął radykalny program, tyle że lewicowy. Zakładał, że w miarę, jak umiarkowani kandydaci będą prowadzili między sobą morderczą walkę, on sam wybije się na prowadzenie i w końcu stanie się nieuniknionym kandydatem demokratów, nawet wbrew aparatowi partyjnemu. Sandersowi miała w tym pomóc mobilizacja młodych wyborców.

Przeczytaj także: Koronawirus atakuje też vipów. Ofiary stają się symbolami

Ani do mobilizacji młodych, ani do morderczej walki rywali Sandersa jednak nie doszło. Przeciwnie, po spektakularnym zwycięstwie Bidena w superwtorek 3 marca wszyscy inni kandydaci wycofali się z wyścigu o Biały Dom i poparli byłego wiceprezydenta. Jedynie senator Elizabeth Warren, choć ideologicznie bliska Sandersowi, nie wydała żadnego zalecenia swoim sympatykom.

W środę różnica w liczbie delegatów między pozostałymi na placu boju kandydatami bardzo się powiększyła. Biden ma ich teraz 883, podczas gdy Sanders – 663. Aby uzyskać nominację Partii Demokratycznej, trzeba ich zgromadzić 1991.

Czy Sanders już teraz wycofa się z kampanii, czy też zrobi to dopiero w lipcu – na razie nie wiadomo. Ale wybuch epidemii koronawirusa niezwykle zawęża pole jego działania. Senator z Vermontu, pytany o to, czy zamierza w dalszym ciągu organizować masowe wiece, nie dał w środę jasnej odpowiedzi.

– Wszystkie nasze działania koordynujemy z władzami sanitarnymi – zapewnił.

Epidemia rozwija się w Ameryce błyskawicznie. W ciągu doby liczba chorych podwoiła się i przekroczyła symboliczny próg tysiąca osób. Amerykanów przeraża przypadek New Rochelle, małego miasteczka położonego koło Nowego Jorku, gdzie od jednego adwokata zaraziło się w ciągu kilku dni ponad 100 osób. To daje pojęcie, w jak szybkim tempie choroba może się rozprzestrzenić. Kolejne stany wprowadzają więc coraz ostrzejsze środki zapobiegawcze. Departament Stanu wydał natomiast zalecenie, aby Amerykanie zrezygnowali z rejsów po Karaibach, z których większość wychodzi z Florydy. To dramat dla kolejnego sektora amerykańskiej gospodarki.

Donald Trump wciąż zachowuje jednak optymizm.

– Epidemia minie, trzeba tylko zachować spokój – stwierdził w środę prezydent. Choć w jego otoczeniu znalazły się już osoby poddane kwarantannie z powodu kontaktu z kimś zarażonym, Trump nadal odmawia poddania się testowi na obecność choroby.