Wybory samorządowe odbyły się zgodnie z nową, zdaniem władz bardziej demokratyczną, ordynacją. Najbardziej zauważalną zmianą było zniesienie 50-procentowego progu frekwencji w jednym okręgu, co oznacza, że wybory są ważne niezależnie od liczby oddanych w nich głosów. Paradoksalnie ta zmiana nie wpłynęła na postawę wyborców, którzy ustanowili rekord frekwencji w głosowaniu przedterminowym. W ciągu pięciu dni poprzedzających właściwy dzień głosowania do urn wyborczych poszło około 30 procent uprawnionych.
– Zmuszają ludzi do głosowania przed terminem. Oddane w ten sposób głosy są jednak pozbawione jakiejkolwiek kontroli – ocenia organizator obywatelskiej kampanii obserwacji wyborów „Obrońcy praw człowieka za wolnymi wyborami“ Aleś Bialacki. Dodaje, że władze tak rozkręciły mechanizmy zapędzania obywateli do urn, że wybory mało się teraz różnią od tych, które organizowano w Związku Radzieckim.
Analogia jest o tyle trafna, że podobnie jak w czasach radzieckich większość kandydatów stanowili zwolennicy władzy (kandydaci opozycji to tylko 2 procent ubiegających się o mandaty). W ponad 80 procentach okręgów wyborczych na karcie do głosowania widniało tylko jedno nazwisko. W skali kraju o mandat radnego rywalizowało 1,2 osoby. Wobec braku konkurencji kandydaci najczęściej nie prowadzili żadnej kampanii. Potwierdziła to przewodnicząca Centralnej Komisji Wyborczej Lidia Jermoszyna, przyznając, że czterech na pięciu kandydatów nie skorzystało z ustawowo przyznawanych funduszy na prowadzenie agitacji wyborczej.
Wyborcy najczęściej dowiadywali się o kandydatach w lokalu wyborczym tuż przed oddaniem głosu. Z badań niezależnych socjologów wynika, że 76,5 procent ankietowanych przed pójściem do urn nic nie wiedziało o kandydatach. Socjologowie ustalili też, że według 46 procent badanych rady lokalne nie odgrywają w ich życiu żadnej roli. Niemniej zamiar uczestniczenia w wyborach deklarowało aż 62,9 procent respondentów. – Władzom bardzo zależy na demonstracji poparcia przez naród ich kandydatów – mówi „Rz“ politolog Walery Karbalewicz. Zdaniem eksperta wysoka frekwencja ma przekonać Zachód, że Białoruś się demokratyzuje zgodnie z jego oczekiwaniami. – Uznanie tych wyborów za demokratyczne jest niezwykle ważne dla władz, gdyż wykorzystane w nich metody manipulowania wolą wyborców zostaną zastosowane za rok w wyborach prezydenckich – podkreśla nasz rozmówca. Karbalewicz zauważa, że w odróżnieniu od poprzednich kampanii tym razem władze stosowały bardziej dyskretne formy nacisku na opozycyjnych kandydatów i ich sztaby wyborcze. – Otwarte represje zostały właściwie wyeliminowane, ale opozycjoniści byli często indoktrynowani na przykład przez swoich pracodawców – mówi ekspert.
Najbardziej kontrowersyjną metodą zwabienia ludności do urn było zniesienie na terenie lokali wyborczych ustawowego zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych. Dzięki temu każdy głosujący miał nie tylko okazję do nabycia alkoholu po niższych niż w sklepie cenach, lecz mógł także spożyć go na miejscu.