Gdy prezydent Barack Obama wezwał do utworzenia państwa palestyńskiego w granicach sprzed 1967 roku, w mediach zawrzało. Skąd taka zmiana polityki Białego Domu względem Izraela?

Emiliano Alessandri:

Rzeczywiście media poświęciły tej części przemówienia prezydenta ogromnie dużo uwagi, ale ja nie uważam, by była to aż tak radykalna zmiana. Oczywiście zmieniła się retoryka, ale faktycznie Obama wciąż postępuje według reguł, którymi w tej sprawie kierowali się poprzedni amerykańscy prezydenci.

Obama jest jednak pierwszym prezydentem USA, który powiedział o granicach z 1967 roku.

Tak. To prawda. Nowe były jednak tylko słowa, których użył.

Prawicowi komentatorzy zaczęli jednak wątpić, czy Izrael nadal może liczyć na wsparcie Stanów Zjednoczonych. Słusznie?

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Izrael wciąż pozostaje bardzo ważnym sojusznikiem Ameryki, i to zarówno gdy mówimy o państwie, jak i o administracji Baracka Obamy. Oczywiście premier Netanjahu nie był zadowolony ze słów wypowiedzianych przez prezydenta USA, ale Obama, wogłaszając swoją wizję pokoju na Bliskim Wschodzie, był tak naprawdę bardzo ostrożny i elastyczny. Starał się mówić tak, aby zadowolić zarówno Izrael, jak i Palestyńczyków. Próbował zwrócić uwagę izraelskich władz na to, że sytuacja w regionie dramatycznie się zmieniła, i w niektórych przypadkach używał twardej retoryki wobec Izraela. W innych przypadkach skłaniał się jednak w stronę pozycji izraelskiego rządu. Odnosząc się do perspektywy powstania dwóch państw, powiedział nawet w pewnym momencie o państwie żydowskim zamiast po prostu o Izraelu, co mogłoby sugerować, że miałoby to być państwo zamieszkane wyłącznie przez Żydów. Mówiąc o granicach z 1967 roku, Obama chciał zaś zapewne wyznaczyć punkt, od którego mogłyby się rozpocząć negocjacje. Proszę nie zapominać jednak, że powiedział przy tym wprost o możliwości zamiany niektórych terytoriów.

Netanjahu nie wydaje się jednak zainteresowany wznawianiem rozmów pokojowych. Widzi pan na to jakąkolwiek szansę?

Chociaż Izrael jest bardzo zaniepokojony zmianami, jakie zachodzą w regionie, myślę, że będzie to wyjątkowo trudne. Choćby ze względu na porozumienie między Fatahem a Hamasem, który przecież nie uznaje nawet prawa do istnienia Izraela. Izraelski rząd nie ma więc w tej sytuacji woli wznowienia rozmów pokojowych. Tę trudną sytuację jeszcze bardziej komplikują przyszłoroczne wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Prezydent Obama niedługo nie będzie miał już bowiem czasu, by zajmować się pokojem na Bliskim Wschodzie, bo będzie się musiał skupić na kampanii wyborczej. Bardzo wątpię więc, by przed wyborami w Ameryce w 2012 roku udało się doprowadzić do zawarcia traktatu pokojowego. Choć oczywiście zawsze należy mieć na to nadzieję.

Na ile na brak postępu wpływa brak zaufania między Barackiem Obamą a premierem Izraela Beniaminem Netanjahu?

Bardzo wyraźnie widać, że relacje między obydwoma przywódcami nie są dobre. Ale w tym przypadku nie chodzi tylko o brak zaufania czy różnice osobowości. Problem jest dużo głębszy. Pokoju nie da się zawrzeć między przywódcami. Netanjahu jest związany stanowiskiem swego własnego narodu i wyborców.

—rozmawiał w Waszyngtonie Jacek Przybylski