Po pakcie fiskalnym kolejnym krokiem w stronę głębszej integracji krajów euro ma być unia bankowa. Ale niemieckie władze już dają jasno do zrozumienia, że na tym się nie skończy.
– Potrzebujemy więcej Europy. Nie tylko unii walutowej, ale także unii fiskalnej. A przede wszystkim potrzebujemy unii politycznej. Krok po kroku musimy przekazywać więcej kompetencji Europie i dawać jej więcej narzędzi kontroli – stwierdziła niemiecka kanclerz w wywiadzie dla telewizji ARD.
Jej zdaniem Europa, tworząc wspólną walutę, podjęła decyzję o pogłębianiu integracji i musi teraz pójść dalej.
– Nie możemy zatrzymać procesu tylko dlatego, że ten czy inny kraj nie chce dołączyć – podkreślała.
To wyraźny sygnał, że Berlin jest gotów zaakceptować istnienie Europy dwóch prędkości, w której część krajów będzie ze sobą blisko współpracować politycznie, a reszta zainteresowana tylko korzyściami płynącymi ze wspólnego rynku pozostanie z tyłu.
– Strefa euro przetrwa ten kryzys, tylko jeśli zdecyduje się na prawdziwą integrację. Powstanie Europy dwóch prędkości jest więc nieuniknione, a wtedy Wielka Brytania, która nie zamierza przyjmować euro, znajdzie się na obrzeżach – mówi „Rz" Stewart Flemming, ekspert brytyjskiego Chatham House.
Wizja zamknięcia się państw euro we własnym gronie niepokoi też Polskę. Władze w Warszawie obawiają się nie tylko, że wypadną z głównego kręgu decyzyjnego, ale także możliwości wprowadzenia dodatkowych obostrzeń utrudniających przyjęcie wspólnej waluty kolejnym państwom. Dlatego próbowały wymusić na krajach euro, aby dopuściły do swoich obrad także pozostałych członków UE.
Integracja przyspiesza
Pakt fiskalny wymuszający większą dyscyplinę finansową krajów euro miał być milowym krokiem w stronę pogłębienia unijnej integracji. Niemcy i Francja chciały, aby umowa została wpisana do traktatu i stała się częścią unijnego prawa, co umożliwiłoby dyscyplinowanie państw łamiących porozumienie.
Na grudniowym szczycie UE Wielka Brytania sięgnęła jednak po weto, obawiając się, że takie rozwiązanie umożliwi krajom euro podejmowanie decyzji w sprawach sektora finansowego całej UE. Londyn nie chciał ryzykować, że ktoś będzie majstrować przy brytyjskim sektorze finansowym, który zapewnia ponad 10 proc. PKB.
Brytyjskie władze są jednak poważnie zaniepokojone wizją rozpadu strefy euro, do której ich kraj wysyła 60 proc. eksportu. David Cameron, który przyleciał wczoraj do Berlina na rozmowy z kanclerz Angelą Merkel, miał dać do zrozumienia, że jest gotów poprzeć pomysł stworzenia unii bankowej pozwalającej bankom na wzajemne udzielanie sobie pomocy. I chociaż dotyczyłaby tylko strefy euro, do jej powołania mogą być potrzebne zmiany w traktatach, co wymaga zgody wszystkich krajów.
Brytyjski minister finansów George Osborne przyznał przed wizytą Camerona w Berlinie, że Londyn jest gotów poprzeć takie zmiany. Warunkiem są jednak gwarancje, że nie wpłyną one na funkcjonowanie brytyjskiego sektora bankowego.
Europa bliżej krawędzi
Szczegóły unii bankowej mają przedstawić na szczycie UE 28 i 29 czerwca szef Rady Unii Europejskiej Herman Van Rompuy, szef eurogrupy Jean-Claude Juncker, szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi i szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso.
– Strefa euro musi zademonstrować, że zrobi wszystko, aby ocalić wspólną walutę i pójść w stronę unii bankowej – apelował w czwartek premier Włoch Mario Monti. Jego zdaniem Europa do tej pory działała zbyt opieszale w walce z kryzysem i dopiero ostatnio zdała sobie sprawę z powagi sytuacji.
– Kryzys rzeczywiście wchodzi w kluczową fazę, w której ważą się losy strefy euro. Dlatego sposobu na wyjście z kryzysu szukają już razem szefowie najważniejszych unijnych instytucji. Tego wcześniej nie było – mówi Stewart Flemming.
Podejmowane do tej pory działania nie przekonały rynków, że strefa euro się wkrótce nie rozpadnie. Wielką niewiadomą jest przyszłość Grecji, gdzie 17 czerwca ma się odbyć powtórka wyborów parlamentarnych. Od ich wyniku może zależeć, czy kraj będzie w stanie przeprowadzić obiecane reformy w zamian za pomoc ratującą go przed bankructwem, czy też opuści wspólną walutę.
Upadek Grecji mógłby podważyć resztki zaufania do innych nadmiernie zadłużonych krajów, podnosząc koszty obsługi ich zadłużenia i uniemożliwiając jego spłatę.
W takiej sytuacji lada dzień może się znaleźć Hiszpania – czwarta gospodarka UE. Władze w Madrycie w ciągu dwóch tygodni mają zdecydować, czy zwrócą się o zewnętrzną pomoc. W lipcu zacznie działać Europejski Mechanizm Stabilizacyjny (ESM) o wartości 750 miliardów euro, który ma ułatwić niesienie pomocy zadłużonym krajom strefy euro.