Doszło do niego w sobotę po południu. Mężczyzna uzbrojony w maczetę – jak ujawniono w niedzielę, imigrant z Algierii – zaatakował dwie funkcjonariuszki policji, wznosząc okrzyk „Allahu akbar" (Allah jest wielki), co zwykle w podobnej sytuacji czynią dżihadyści. Obie ranił. Początkowo podawano, że jedną ciężko w głowę, a drugą lżej. W niedzielę lokalne media pisały, że obie są ciężko ranne, ale ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Jedna z policjantek o imieniu Hakima jest beligijską muzułmanką – podkreślali w mediach społecznościowych belgijscy muzułmanie. Nie jest jasne, czy zamachowiec zaatakował ją celowo, np. po to, by ukarać wyznawczynię islamu, która zdecydowała się na służbę w wymiarze sprawiedliwości w jednym z państw znienawidzonego przez dżihadystów Zachodu.
Główny komisariat w Charleroi (50 km na południe od Brukseli), podobnie jak wiele podobnych gmachów w Belgii, jest od marcowych zamachów w stolicy dodatkowo chroniony. Zamachowiec zaatakował przy wzniesionym w ostatnich miesiącach punkcie kontrolnym, gdy policjantki chciały skontrolować jego torbę. Trzeci policjant szybko zareagował na atak, wyciągnął pistolet i – opisywali mediom świadkowie – oddał kilka strzałów w kierunku zamachowca, raniąc go w pierś i nogę. Zamachowiec zmarł od odniesionych ran.
– Gdyby nie punkt kontrolny, mógł się wedrzeć do komisariatu i spowodować większe straty – mówił Paul Magnette, burmistrz Charleroi.
Władze Belgii, a także czołowe media tego kraju, ostrożnie informowały o ataku. Politycy, z premierem Charles'em Michelem na czele, przebywali na urlopie i wydawali w sobotę krótkie komunikaty za pomocą Twittera lub przez telefon. Szef rządu, odpoczywający na południu Francji, od początku wychodził z założenia, że zapewne był to zamach terrorystyczny.