W piątek oczy bliskowschodnich obserwatorów i polityków były zwrócone na Condoleezzę Rice. Szefowa amerykańskiej dyplomacji, która przyleciała do Ankary, nie miała łatwego zadania: musiała przekonać tureckich przywódców, by nie podejmowali decyzji o ataku na północny Irak.

Condoleezza Rice już raz prosiła, by Ankara dała Stanom Zjednoczonym kilka dni na rozwiązanie problemu kurdyjskich rebeliantów, którzy mają bazy w Iraku, ale przekraczają granicę z Turcją i zastawiają pułapki na tureckich żołnierzy. Jednak Ankara czeka już ponad tydzień, a tureccy politycy słyszą tylko deklaracje amerykańskich, irackich i kurdyjskich polityków o potrzebie walki z terroryzmem. Wciąż nie mogą się natomiast pochwalić sukcesami w walce z Kurdyjską Partią Robotniczą (PKK).

Tymczasem opinia publiczna w Turcji coraz bardziej naciska na władze, by wreszcie rozprawiły się z PKK. Od kiedy w 1984 r. kurdyjscy bojownicy rozpoczęli walkę o utworzenie na terenie Turcji niepodległego Kurdystanu, zginęło już ponad 30 tysięcy ludzi. Tylko w ciągu ostatnich tygodni śmierć poniosło kilkunastu tureckich żołnierzy.

Władze w Ankarze wysłały w pobliże irackiej granicy ponad 100 tysięcy żołnierzy, czołgi, śmigłowce i myśliwce F-16. Jak podał „New York Times”, Turcy postawili Amerykanom ultimatum: poczekamy z inwazją do poniedziałkowych rozmów premiera Recepa Tayyipa Erdogana z George’em W. Bushem. Jeśli nie przyniosą rezultatów, do akcji wkroczy armia. „Następne kroki, jakie podejmie Turcja, zależą od naszych spotkań z władzami Stanów Zjednoczonych” – oświadczył przed spotkaniem z Rice szef tureckiej dyplomacji Ali Babacan cytowany przez „Turkish Daily News”. – Mamy już dość słów. Chcemy działań – powiedział w piątek po spotkaniu z Rice. – Wykorzenienie terroryzmu jest trudne – odpowiedziała mu sekretarz stanu i zaznaczyła: nikt nie powinien wątpić w zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w tę sprawę. Mamy wspólnego wroga.

Eksperci nie wierzą jednak w amerykańskie deklaracje. Cytowany przez brytyjskiego „Guardiana” gen. Joseph Ralston, były wysłannik Busha, który miał rozwiązać problem PKK, zwraca uwagę, że USA nie dotrzymują obietnic danych Turkom. Jego zdaniem jeśli Amerykanie nie zaczną działać, Ankara może poczuć się zmuszona do ataku na bazy PKK. A Biały Dom sprzeciwia się akcji przeciw kurdyjskim rebeliantom, obawia się bowiem, że doprowadzi ona do destabilizacji jedynego względnie spokojnego regionu w Iraku. Przeciw tureckiej akcji protestuje też UE.

Wizyta Condoleezzy Rice świadczy o tym, że Amerykanie bardzo poważnie traktują tureckie plany zaatakowania baz PKK. Ale moim zdaniem tego rodzaju zabiegi są już spóźnione. Amerykanie nie mają niczego do zaoferowania Turcji. W północnym Iraku nie stacjonują amerykańskie ani irackie wojska, które mogłyby wyręczyć Turków w rozgromieniu rebeliantów. A Ankara nie ufa jedynej obecnej w regionie „sile“ – kurdyjskiemu rządowi. Ponadto turecki rząd znajduje się pod ogromną presją społeczeństwa, które domaga się militarnej interwencji. Dlatego wszystko wskazuje na to, że Turcja nie ulegnie perswazji USA – ani teraz, ani podczas wizyty premiera Erdogana w Waszyngtonie – i mimo wszystko zaatakuje.

not. m.ok.