Mimo najnowocześniejszych filtrów stosowanych przez portale internetowe, ciągle uaktualnianych czarnych list serwerów i stosowania programów antywirusowych, wciąż niemal każdy znajduje w swojej poczcie elektronicznej propozycję powiększenia różnych części ciała, kupna supertaniej viagry, oferty zatrudnienia w zagranicznej firmie lub nabycia po wyjątkowo przystępnej cenie podrabianego roleksa.

Nawet 10 miliardów tego typu niechcianych e-maili dziennie – a więc niemal jedna trzecia światowego spamu – trafiało do Internetu przez jednego człowieka. 23-letni Oleg Nikołajenko, mieszkający w domu pod Moskwą z żoną i malutkim dzieckiem, zyskał więc wśród ekspertów od cyberprzestępczości miano „króla spamu”.

Rosjanina od co najmniej trzech lat starali się dopaść m.in. agenci FBI, funkcjonariusze policji z Nowej Zelandii i Australii, a także detektywi z prywatnych firm zajmujących się bezpieczeństwem w Internecie.

Pościg zakończył się jednak sukcesem dopiero w listopadzie, gdy Oleg przyleciał do Las Vegas na doroczną wystawę samochodów. Agenci FBI zaskoczyli go w niezwykle luksusowym hotelu Bellagio. Według dziennika „The Wall Street Journal” w piątek dwudziestotrzylatek miał stanąć przed sądem federalnym w Milwaukee w stanie Wisconsin (niedaleko Chicago).

Prokuratorzy oskarżają go o przejęcie kontroli nad tysiącami komputerów. Jego ofiary nie miały pojęcia, że to ich sprzęt wykorzystywany jest do rozsyłania miliardów niechcianych e-maili.

Król spamu, który na swej nielegalnej działalności miał zarabiać miliony dolarów, może spędzić w więzieniu nawet pięć lat. Adwokat Nikołajenki Christopher Van Wagner przekonuje jednak, że prokuratura nie ma żadnych dowodów winy jego klienta.

[i]Korespondencja z Waszyngtonu[/i]