Szef rządu od wybuchu manifestacji w Stambule mnoży gafy. Najpierw kazał policji brutalnie rozproszyć manifestantów, którzy jak najbardziej pokojowo chcieli obronić jeden z nielicznych parków szybko rozrastającej się metropolii. Gaz łzawiący, gumowe kule i pałki spowodowały setki rannych i dwóch zabitych.
Potem Erdogan mnożył prowokacyjne i pełne pogardy epitety wobec protestujących, nazwał ich m.in. „wandalami i sabotażystami". Chwalił się także, że w odpowiedzi na każdych 20 manifestantów może wystawić 200 tys. własnych zwolenników. Wreszcie, co zostało odebrane jako wyraz wyjątkowego lekceważenia politycznych przeciwników, wybrał się w podróż po krajach Afryki Północnej, tak jakby Turcja nie przeżywała najpoważniejszego kryzysu od wielu lat.