„Rak Io Bibi" (Tylko nie Bibi) – za pomocą takiego sloganu wyborczego opozycja chce pozbawić władzy obecnego premiera Beniamina Netanjahu i szefa prawicowego ugrupowania Likud. Trzykrotnie stał już na czele rządu. Obecnie walczy o czwartą kadencję. Jego partia ma małe szanse na wygranie wyborów, co jednak nie znaczy, że Netanjahu nie będzie premierem po raz czwarty.
Z ostatnich sondaży wynika, że Likud może zdobyć od 20 do 22 miejsc w 120-osobowym Knesecie. O cztery do sześciu mniej niż centrowo-lewicowy Blok Syjonistyczny, czyli połączone siły Partii Pracy Icchaka Herzoga oraz partii Kadima Cipi Liwni, do niedawna minister sprawiedliwości w rządzie Netanjahu.
Nie jest jednak jasne, z jakimi partnerami sojusz ten miałby uzyskać większość w Knesecie. Netanjahu takich kłopotów nie ma i w każdej chwili może zaproponować udział w rządzeniu partiom religijnym oraz prawicowym, jak Nasz Dom Izrael Awigdora Liebermana, obecnego ministra spraw zagranicznych. Ale nie jest to pewne.
– Jeżeli nie będziemy w stanie utworzyć rządu, to dlatego, że otrzymują oni dziesiątki milionów dolarów od zagranicznych stowarzyszeń – ostrzegał premier. Jest przekonany, że za granicą zawiązany został przeciwko niemu spisek, aby pozbawić go władzy.
– Nie powinien tego w ten sposób formułować, chociaż wiadomo, że Netanjahu jest negatywnie postrzegany w Białym Domu i w wielu stolicach europejskich – tłumaczy „Rz" Szmuel Bar, izraelski ekspert ds. bezpieczeństwa. Przede wszystkim dlatego, że dalsze sprawowanie funkcji szefa rządu przez Netanjahu nie daje żadnej nadziei na wznowienie procesu pokojowego.