Union Jack, flaga Zjednoczonego Królestwa, dumnie łopoce nad hotelem Balmoral, wspaniałym wiktoriańskim gmachem postawionym w samym centrum Edynburga. Ale to już wyjątek. Niemal wszędzie indziej zastąpiono ją białym krzyżem na niebieskim tle, barwami Szkocji. Jeden z wielu sygnałów, jak bardzo 312-letnia unia z Anglią jest zagrożona.

– Sondaże są różne, ale zasadniczo poparcie dla niepodległości sięga już 50 procent. Szkoci popierają ugrupowania lewicowe i od lat dostają w Londynie rządy torysów, bo są przegłosowani przez Anglików. Ale to brexit, którego tu nie chciano, przelał czarę goryczy – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Scott Macnab, szef działu politycznego dziennika „The Scotsman".

Na początku października pierwsza minister Szkocji Nicola Sturgeon ogłosiła, że w przyszłym roku ta zmiana nastrojów przełoży się na bardzo konkretny efekt: powstanie w Europie nowego państwa. Plan jest może nieco na wyrost, ale to nie pusta groźba czy kataloński skok w bezprawie. Bo ścieżek do wymuszenia ponownego (po tym w 2014 r.) referendum niepodległościowego jest kilka. Jedna to utworzenie w razie przedterminowych wyborów koalicji Szkockiej Partii Narodowej (SNP), która już teraz jest trzecią siłą w parlamencie w Westminsterze z laburzystami, ale pod warunkiem zgody Londynu na głosowanie w sprawie niepodległości. Lider Partii Pracy Jeremy Corbyn jest na taki układ otwarty. Inna to pozew przed szkockimi sądami.

Ustawa o dewolucji władzy Szkocji z 1998 r. nie precyzuje, kto ma prawo do rozpisania referendum. Może mógłby to zrobić nasz parlament (Holyrood)? – zastanawia się Macnab. – Ale nawet w takim przypadku to Londyn musiałby dokonać samej proklamacji niepodległości – przyznaje.

Wreszcie sam rząd torysów mógłby się zgodzić na kolejne referendum, jeśli w wyborach SNP odniosłaby wielki triumf i nacisk Edynburga okazałby się niemożliwy do powstrzymania.

Dentysta już wyjechał

Wynik głosowania najprawdopodobniej rozstrzygnęliby w takim przypadku jednak nie sami Szkoci, ale mieszkający w prowincji imigranci z krajów UE. To 200 tys. osób, 7 proc. uprawnionych do głosowania – strategiczna liczba wobec tak równego podziału elektoratu. Co prawda bez brytyjskiego obywatelstwa nie mogli oni ani wybierać deputowanych w Westminsterze, ani brać udziału w referendum w sprawie brexitu. Ale Sturgeon zadbała, aby w wyborach do szkockiego parlamentu, a także referendum niepodległościowym zasady były o wiele bardziej liberalne – wystarczy numer ubezpieczenia społecznego.

– Dla mnie to jest temat bardzo emocjonalny, osobisty. Mieszkam w Szkocji od 24 lat, a jednak z powodu brexitu już nie czuję się tu u siebie w domu. Syn wyjechał do Szwajcarii, mój dentysta do Hamburga, także przyjaciółka przeprowadziła się na kontynent, bo boi się, że zabraknie leków dla jej dziecka, które ma białaczkę. Ja uważam, że trzeba jeszcze walczyć z tym szaleństwem. Jestem artystką, organizuję koncerty na rzecz niepodległej Szkocji, jedynej drogi do powrotu do zjednoczonej Europy. Dla nas swoboda podróżowania to podstawa – mówi „Rzeczpospolitej" Claudia Zeiske, Niemka mieszkająca w Huntly na północ od Edynburga.

Stefano Cattarin takich ambicji nie ma. Bo też korzeni nie zapuścił tu tak głębokich. Gdy przez pół roku nie mógł znaleźć pracy w rodzinnych Włoszech, przyjechał w grudniu do Edynburga, gdzie w trzy dni znalazł zajęcie – w recepcji hotelu Piries. Teraz obawia się, że może to wszystko stracić, bo tylko ci, którzy mieszkają legalnie w Wielkiej Brytanii od pięciu lat, mają w razie brexitu gwarancję pobytu. Rozwiązaniem może być niepodległa Szkocja.

Julia Stachurska nie ma jednak wątpliwości, że to Polacy mogą przechylić szalę na rzecz niepodległego państwa. Ich siła tkwi po prostu w liczbach: to 86 tys. osób, prawie połowa wszystkich, którzy przyjechali do Szkocji z innych krajów Unii.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Nicola Sturgeon doskonale zdaje sobie z tego sprawę: dwa miesiące temu powierzyła 19-letniej Polce nadzór nad strukturami SNP na wyższych uczelniach, chodzi aż o 3,7 tys. osób.

– To wspaniała kobieta, realny człowiek, a nie fasadowy polityk. Gdy mnie widzi, zawsze się pyta, jak mi idzie z legalizacją pobytu, statusu osoby osiedlonej – mówi „Rzeczpospolitej" Julia Stachurska.

Prawa kobiet

Do Szkocji przyjechała 12 lat temu, gdy po rozwodzie mama musiała pilnie szukać jakiegoś dochodu. Pracę znalazła w jednej z fabryk w Wishaw, przemysłowym zagłębiu zbudowanym wokół Glasgow.

– To Unia Europejska dała nam wtedy ratunek, dzięki niej mogliśmy skorzystać ze swobody przemieszczania się osób – odpowiada, gdy pytam, czy nie czuje wyrzutów sumienia, że dziś działa na rzecz rozpadu Zjednoczonego Królestwa, które w krytycznym momencie rzuciło mamie koło ratunkowe.

Ale to nie niepodległość była powodem, dla którego dziewczyna związała się początkowo z SNP. Chodziło raczej o trudne doświadczenia rodzinne, postać ojca, z którym nie ma dziś żadnego kontaktu. Szkoccy nacjonaliści są bowiem też ugrupowaniem bardzo mocno zaangażowanym w prawa kobiet, podobnie jak osób LGBT.

Scott Macnab tłumaczy: „To jest bardzo długa tradycja sięgająca rewolucji przemysłowej, gdy Glasgow wyrósł na drugi po Londynie ośrodek produkcyjny. Silne związki zawodowe dały początek wizji państwa socjalnego, którą od laburzystów przejęło SNP".

Julia mówi dziś lepiej po angielsku niż po polsku. I to z charakterystycznym szkockim akcentem. W końcu nigdy nie chodziła do innych niż tutejsze szkół. Ale nie da się wykluczyć, że w razie brexitu mogłaby zostać z Wysp wyrzucona.

– Nigdy nie przyszło mi do głowy występować o brytyjskie obywatelstwo, gdy oglądam Borisa Johnsona, nie mogę się z tym identyfikować – tłumaczy. Ale tak jak bardzo wielu obywatelom Unii władze robią jej problemy z przyznaniem statusu osoby osiedlonej.

– Torysi chyba chcą skorzystać z tej okazji, aby „wyczyścić" społeczeństwo z osób niepożądanych – zastanawia się.

Wizja kolejnej przeprowadzki z musu, tym trudniejszej, że mama od niedawna znowu wychowuje sama małe dziecko, w naturalny sposób wciągnęła młodą studentkę do zaangażowania się w niepodległościową sprawę: przemawia na wiecach SNP, udziela wywiadów, jest aktywna w mediach społecznościowych. I przekonuje Polaków w Wishaw i całej Szkocji do poparcia idei budowy nowego państwa.

Ale to nie jest łatwe zadanie. Nie tylko znajomi Claudii Zeiske, ale także Polacy coraz częściej wyjeżdżają ze Szkocji. Nie mogąc w ich zastępstwie znaleźć pracowników, znana fabryka Dean's of Huntly po raz pierwszy musiała postawić na roboty. To przypadek wielu innych zakładów.

Ale także ci, którzy są zdecydowani zostać, mają wątpliwości co do niepodległej Szkocji.

65-letni dziś Zbigniew Zakieta także przyjechał do Szkocji w 2006 r. po rozwodzie. Choć – jak sam mówi – do dziś bardzo słabo zna angielski, dostał od szkockich władz wiele: solidną dopłatę do zakupu mieszkania, darmowe leki po zawale serca, kurs angielskiego.

Scott Macnab: „Naszym wzorem jest Skandynawia. Od ustawy od decentralizacji w 1998 r. wprowadzono tu o wiele większe osłony socjalne, np. darmowe uniwersytety. Ale też deficyt Szkocji sięga 7 proc. PKB, część ludzi obawia się, że skończymy jak Grecja".

Pan Zbyszek niedawno zapewnił szkockiego sąsiada: „Jesteśmy tu za krótko, aby decydować o przyszłości waszego kraju". Rozumieli się bez słów.