Wicerektor uczelni Lyne Bouchard nie widzi w pytaniach nic złego - twierdzi, że dzięki odpowiedziom na nie pracodawca uzyskuje informację na temat tego, czy musi w jakiś specjalny sposób przygotować miejsce pracy dla pracownika.

- To standardowa praktyka w zarządzaniu zasobami ludzkimi - przekonuje.

Jednocześnie Bouchard przyznaje, że uczelnia przestała używać budzącego kontrowersję kwestionariusza po tym, jak całą sprawę zaczęły nagłaśniać lokalne media.

Wicerektor zapewnia, że żaden kandydat nie stracił szansy na pracę na uczelni ze względu na sposób, w jaki odpowiedział na pytania dotyczące stanu zdrowia. Nikt też nigdy - jak zapewnia Bouchard - nie skarżył się na pytania pojawiające się w kwestionariuszu.

Zawierający 40 pytań kwestionariusz był stosowany przez uczelnię od 2009 roku.

Kandydatów na pracowników pytano m.in. o wymienienie przyczyn śmierci najbliższych krewnych. Pojawiało się też pytanie o to, czy kandydat do pracy korzystał z konsultacji z psychologiem. Kobiety były pytane o datę ostatniej miesiączki i badania ginekologicznego, a także o to czy były w ciąży i czy mają za sobą aborcję.

Bouchard przyznaje, że nie potrafi odpowiedzieć dlaczego niektóre z tych pytań znalazły się w formularzu. Dodaje, że uczelnia pracuje już nad nowym kwestionariuszem dla kandydatów do pracy.