Korespondencja z Litwy
Trafiam na właściwy dzień. W każdy wtorek Narodowe Centrum Zarządzania Kryzysowego (NKVC) w Wilnie sporządza raport na temat Białorusi. – Rozpatrujemy 10 czynników, od aktywności wojskowej po incydenty na granicy. Czy pojawiły się drony, czy nielegalni imigranci próbowali się dostać na Litwę? Sprawdzamy trendy, porównujemy z poprzednimi tygodniami – mówi mi dyrektor NKVC Vilmantas Vitkauskas, gdy spotykamy się po południu w ostatni wtorek października. W jednej sali stół, krzesła i wygaszony ekran, w drugiej komputery i włączony ekran, na którym widać mapę Litwy i krajów sąsiednich. Jestem w miejscu, gdzie łączą się w całość wszystkie ważne dla Litwy informacje – z instytucji cywilnych, wywiadowcze i wojskowe.
– To nie są dane do publikacji, ale na chwileczkę panu pokażę – przed moje oczy trafiają tajne wykresy z ostatniego raportu, które ma na smartfonie dyrektor Narodowego Centrum Zarządzania Kryzysowego. – Jeżeli któryś z czynników osiąga poziom krytyczny, to pojawia się czerwona obwódka na okręgu, który go ilustruje. W takim wypadku możemy zwołać spotkanie komisji bezpieczeństwa narodowego i przedyskutować metody przeciwdziałania – mówi Vitkauskas.
Vilmantas Vitkauskas
Vilmantas Vitkauskas, szef Narodowego Centrum Zarządzania Kryzysowego (NKVC) w Wilnie
Widziałem ekran jego smartfona tak krótko, że nie zdążyłem się zorientować, co oznaczała czerwień, którą dostrzegłem. Dyrektor spokojnie wyjaśnia, że „pewne czynniki odbiegają od normy, ale nie osiągają poziomu krytycznego”. Poziom nielegalnej migracji jest „całkiem niski”. – Ale pojawiło się nowe zjawisko. Zaczęli używać tuneli. W tym roku odkryliśmy aż 12 prowadzących z Białorusi – dodaje.
Latają balony przemytnicze, a także drony, o których władze białoruskie nie informują Litwinów.
– Czyli kłopoty sprawiają przestępcy?
– Nie. Traktujemy ten przemyt jako działania hybrydowe przeciwko naszym instytucjom. Gdyby chodziło tylko o szmugiel, Białorusini by go opanowali, to nie jest trudne. Wskazujemy im, skąd balony startują, ale nic z tym nie robią.
Największy problem, który wywołują balony nadlatujące z terytorium południowego sąsiada, to konieczność wstrzymywania ruchu lotniczego. Niedawno, po raz drugi w ciągu roku, trzeba było zamknąć lotnisko w Kownie, a to co najmniej 100 km od granicy. Bliższe, najważniejsze lotnisko w kraju, wileńskie (najkrótszą drogą około 30 km od granicy), musiało być zamknięte w ciągu ostatniego roku aż 25 razy.
– Kiedy zgodnie z raportami sytuacja wyglądała najgorzej? – pytam.
– W 2024 r., gdy doszło do aresztowań naszych obywateli pod zarzutem szpiegostwa. A jednocześnie poważnym problemem była nielegalna imigracja. Napięcie było wysokie. Drugi taki moment to październik zeszłego roku, gdy nadlatywało tyle balonów, że co drugi, trzeci dzień trzeba było zamykać lotnisko w Wilnie – opowiada Vitkauskas.
Narodowe Centrum Zarządzania Kryzysowego ma siedzibę w gmachu rządu. W czasach sowieckich zajmował go Komitet Centralny Komunistycznej Partii Litwy. Po odzyskaniu przed 36 laty niepodległości przez Litwę wielu osobom budynek się źle kojarzył, także dlatego, że taki niezachodni. Teraz, dochodzimy do wniosku z oprowadzającymi mnie pracownikami, że modernistyczne dzieło wybitnego architekta Vytautasa Čekanauskasa z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego wieku ładnie się zestarzało.
Czytaj więcej
Sprawdzamy, co się dzieje np. w kaliningradzkich bazach wojskowych. Jaki jest stan sił zbrojnych i sprzętu oraz co tam robią. Wiemy, że nie są goto...
Strażnicy granicy z Białorusią. „W razie czego to my mamy być pierwszą linią obrony”
Jeżeli chodzi o nielegalnych imigrantów, to w porównaniu z sytuacją sprzed kilku lat jest spokojnie. Przynajmniej na 49-kilometrowym odcinku, którego pilnuje placówka straży granicznej w Trybańcach (po litewsku Tribonys). Puste są domy, w których umieszczano imigrantów. Mówi mi o tym Daiva Petravičiūtė, starsza porucznik, pracująca w wydziale administracyjnym placówki w Trybańcach.
W 2021 r. i na początku 2022 r. zdarzało się, że w ciągu jednego dnia granicę na tym odcinku forsowało kilka grup po 20–30 imigrantów każda, najwięcej Irakijczyków, Afgańczyków, Somalijczyków, Pakistańczyków. – Bywało niebezpiecznie, bo niektórzy mieli maczety, pałki. Byli agresywni – opowiada Petravičiūtė.
Daiva Petravičiūtė
Starsza porucznik Daiva Petravičiūtė z placówki straży granicznej w Trybańcach przy płocie na granicy z Białorusią
Wtedy jednak niełatwo było się zorientować, którędy przebiegała granica między należącą do NATO i UE Litwą, czyli Zachodem, a Białorusią, czyli zdominowanym przez Rosję Wschodem. Co pewien czas z zarośli wyłaniał się słupek graniczny i to wszystko. To były dobre warunki dla nielegalnych imigrantów, wspieranych przez reżim białoruski. Od pięciu lat jest tu płot o wysokości 2,5 metra plus zwoje koncertiny. Podobnie prawie na całej liczącej około 680 km granicy z Białorusią, prawie, bo niektóre odcinki wyznaczają rzeki i jeziora.
Okolice Trybańców są sielankowe. Lasy sosnowe i brzozowe. Łąki, pagórki. Stawy pełne ryb, obrośnięte trzciną jeziorka, strumyczki, trochę bagien, paprocie. Jak z wczesnej poezji Adama Mickiewicza. Przygraniczne drogi są niedostępne dla przyjezdnych. Korzystać z nich mogą tylko posiadający przepustki mieszkańcy drewnianych domków. Niektóre stoją tuż na granicy.
W zimie warunki są trudne. – Przy dużym mrozie brodziliśmy w śniegu przez wiele kilometrów w poszukiwaniu balonów – opowiada towarzyszący Daivie Petravičiūtė oficer, który w przeciwieństwie do niej nie uzyskał od szefów zezwolenia na podanie nazwiska. Wraz z balonami na Litwę przyleciało wówczas 12 tys. paczek papierosów (zapakowanych w 24 pojemniki). Zachodnie papierosy kosztują na Białorusi około 2 euro, na Litwie trzy i pół raza więcej.
Inni pogranicznicy pokazują mi uzbrojenie i sprzęt, od noktowizorów po specjalne kamizelki kuloodporne. Tych ostatnich zazdrości im miejscowa policja i czasem pożycza, gdy jest wezwanie w sprawie przemocy domowej.
– W razie czego to my mamy być pierwszą linią obrony – mówi starsza porucznik. „W razie czego” zwane jest Dniem X. Wtedy wszyscy pogranicznicy muszą się stawić – w zależności, jak daleko mieszkają – w ciągu godziny (do 30 km) lub do czterech godzin (ponad 100 km). Petravičiūtė od 30 lat mieszka w pobliskich Solecznikach, czyli miałaby 60 minut. Niezbędne wyposażenie na Dzień X jest jak w klasycznym plecaku ewakuacyjnym dla cywilów, z tą różnicą, że wśród dokumentów muszą być te konieczne do pobrania broni. W momencie rozpoczęcia wojny straż graniczna staje się częścią litewskich sił zbrojnych. – Trzeba się liczyć z tym, że pomoc nadejdzie po czterech czy pięciu dniach – dodaje pani oficer.
Wyposażenie litewskiego pogranicznika
Polacy po obu stronach granicy
Czy mieszkańcy pogranicza boją się wojny? – Taka narracja jest w Europie, w Polsce, na Litwie. Słyszysz to, jak włączysz telewizor czy otworzysz internet. No, to nie ma się co dziwić, że się boją o siebie, rodzinę i tak dalej. Ale ludzie są już tym zmęczeni. Myślę, że zaczynają się przyzwyczajać i jak naprawdę będzie zagrożenie, to już nie uwierzą – mówi Grażyna Zabarauskaitė, dyrektorka Centrum Kultury w Solecznikach. Soleczniki to 7-tys. miasto, siedziba zamieszkanego w 80 proc. przez Polaków rejonu solecznickiego. Do placówki straży granicznej w Trybańcach jest stąd 5,5 km, a do jednego z dwóch przejść granicznych z Białorusią, przy drodze na Lidę 4,5 km. W drugą stronę, na północ do Wilna 45 km.
Białorusini już kilka lat temu znieśli wizy, ale na przejściu czeka się kilka godzin, czasem 10. Wielu tutejszych Polaków ma po białoruskiej stronie rodziny. Granica oddaliła od wielu cmentarze, na których spoczywają ich przodkowie, pokawałkowała dawne parafie. W czasach radzieckich jeździło się bezproblemowo, choćby do Bieniakoni, miasteczka położonego tuż za granicą po białoruskiej stronie. – Za 15 kopiejek autobusem – wspomina starsza pani, którą spotykam na głównym placu Solecznik.
Czytaj więcej
– Nawet ludzie, którzy znali mnie tylko z widzenia, byli wzruszeni. To, że mogłem przyjechać i swobodnie się poruszać, odebrano jako sygnał, że moż...
Teraz, zwłaszcza z okazji Wszystkich Świętych, mundurowych czasem rusza sumienie i pozwalają przekroczyć granicę szybciej.
– Pracownik naszego Centrum ma tam mamę. Jest sama. On jeździ do niej, kiedy tylko może – opowiada Grażyna Zabarauskaitė.
Jest Polką, ale nazwisko podaje w wersji litewskiej. Napisy są w Solecznikach dwujęzyczne, lecz te po polsku, zwłaszcza na urzędach, zazwyczaj mniejsze. Ten mniejszy napis nie jest zresztą do końca legalny. – Ale to nikomu nie przeszkadza. Tu z dziada pradziada żyją Polacy, Litwini, Rosjanie, Białorusini. Jak to z sąsiadami, bywa różnie, ale nie mamy wobec siebie agresji. Możemy inaczej myśleć, ale nie wszyscy muszą chodzić po sznurku – mówi dyrektorka.
– Kocham Litwę, to jest mój kraj. Przyjeżdżają tu Polacy z Polski, ostatnio coraz mniej, i mówią „Wilno nasze”. Ja takich teorii nie wyznaję. Mówię im, że jak Litwa gra w piłkę z Polską, to kibicuję Litwie. Jeżeli Polska będzie grać z Rosją, to będę kibicować Polsce. Mieszkamy tutaj od pokoleń, granice nam się przesunęły. Nie jesteśmy żadną Polonią – dodaje Zabarauskaitė.
Granica litewsko-białoruska
– Jeszcze 10 czy 12 lat temu, gdy pojawiałem się w rejonie solecznickim, a nawet bliżej, ledwie 20 km od wileńskiego Starego Miasta, to miejscowi mówili do mnie: „O, pan przyjechał z Litwy” – mówi mi potem w Wilnie Linas Kojala, dyrektor think tanku Centrum Badań Geopolitycznych i Bezpieczeństwa. – To była przede wszystkim nasza wina, Litwini nie spotykali się z tymi ludźmi, większość partii nie inwestowała w tym regionie kapitału politycznego – dodaje.
W związku z rosyjską agresją wobec Ukrainy sporo się jednak zmieniło. Nie ma już powitań „pana z Litwy”. – Badania wskazują, że nawet 20 proc. obywateli Litwy uważa, iż Zachód jest – przynajmniej częściowo – odpowiedzialny za wojnę Rosji przeciwko Ukrainie. Ale to jest większy odsetek, niż w populacji stanowią wszystkie mniejszości razem wzięte. Utożsamianie mniejszości rosyjskojęzycznej czy polskiej z tendencjami prorosyjskimi to nieuprawnione uproszczenie. One były i częściowo nadal są bardziej otwarte na narrację rosyjskich mediów, ale z drugiej strony po badaniach widać, że poglądy wielu z ich przedstawicieli w sprawach geopolityki są bliskie litewskiej średniej. Nie można ich automatycznie uznawać za najsłabsze ogniwo – dodaje Kojala.
Twierdza litewskości i głaz Mickiewicza
W Solecznikach są trzy gimnazja: polskie, litewskie oraz najmniejsze rosyjskie, do którego trafiają też dzieci uchodźców z Ukrainy. Litewskie gimnazjum nosi imię Tysiąclecia Litwy. To największy, wręcz monumentalny szkolny gmach, jego część wygląda jak twierdza. Miejscowi komentują: twierdza litewskości na terenach zamieszkanych głównie przez mniejszości. Z wielkością i architekturą litewskiej szkoły w pewien sposób kontrastuje liczba mszy świętych w jedynym w mieście kościele katolickim św. Piotra. W niedzielę cztery są po polsku, a jedna po litewsku. Litwini zaś to także zazwyczaj katolicy.
Głaz przy kościele św. Piotra w Solecznikach: „Na cmentarzu solecznickim w listopadzie 1821 r. Adam Mickiewicz obserwował obrzędy dziadów”.
Na cmentarzu obok kościoła św. Piotra również zdecydowanie dominują polskie napisy, polskie nazwiska. Kilka dni przed Wszystkimi Świętymi pojawiały się znicze i kwiaty. Z drugiej strony kościoła stoi głaz z dwujęzyczną tablicą: „Na cmentarzu solecznickim w listopadzie 1821 r. Adam Mickiewicz obserwował obrzędy dziadów”. Ważnym w biografii Mickiewicza miejscem są też leżące teraz po białoruskiej stronie Bieniakonie. Przyjeżdżał tam z Wilna z innymi poetami filomatami. W Bieniakoniach jest grób Maryli Wereszczakówny, w której był nieszczęśliwie zakochany. To do niej („Do M***”) skierowany był wiersz, kończący się słowami:
„Tak w każdem miejscu i o każdej dobie,
Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,
Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił”.
Co wie opozycja? Niepokojący incydent na sąsiedniej Łotwie
W kwestiach bezpieczeństwa i obrony główna partia opozycyjna, konserwatywny Związek Ojczyzny, ma w zasadzie stanowisko bliskie rządowemu. Różnią się co do terminu wprowadzenia obowiązkowego poboru (rząd chce w 2032 r., konserwatyści proponowali 2030 r.), czy planów dotyczących sił obrony terytorialnej (konserwatyści mają ambitniejsze). A czy Związek Ojczyzny jest wprowadzany w tajne szczegóły?
– Jestem członkiem komisji bezpieczeństwa narodowego. Nie jestem w pierwszym kręgu poinformowanych, ale – powiedziałbym – że w drugim. Opozycja ma dostęp do informacji, może nie zawsze szybko, może nie zawsze tych operacyjnych. Nie skarżę się, mogę zadzwonić do Vilmantasa [Vitkauskasa, szefa Narodowego Centrum Zarządzania Kryzysami-red.] i on mi powie. Mamy kanały, dzięki którym możemy uzyskać też nieco informacji operacyjnych – mówi Laurynas Kasčiūnas, szef konserwatystów i były minister obrony. Spotykamy się w jego gabinecie na siódmym piętrze gmachu Sejmu. Przy dobrej pogodzie i dobrym sprzęcie można by stąd dojrzeć granicę z Białorusią, do jej najbliższego odcinka jest niewiele ponad 30 km.
Laurynas Kasčiūnas, przewodniczący konserwatywnego Związku Ojczyzny, największej partii opozycyjnej
– Sytuacja na granicy może się szybko zmienić – podkreśla Kasčiūnas. Daje niepokojący przykład z sąsiedniej Łotwy, gdzie znany od lat proceder nielegalnego przekraczania granicy przez imigrantów połączono z nowym: „interwencją, agresją”. Doszło do tego 6 października. Jak opisywał szef MSW Łotwy Jānis Dombrava, dwudziestu nielegalnym imigrantom towarzyszyła uzbrojona grupa, która najpierw, będąc jeszcze po białoruskiej stronie granicy, groziła łotewskim pogranicznikom. Kilka godzin później „osoby w maskach” wdarły się na teren Łotwy, ukradły kamery monitorujące granicę, zniszczyły szafę rozdzielczą i wróciły na Białoruś. – Wyjątkowo demonstracyjna i agresywna prowokacja – skomentował wówczas Dombrava.
Na Litwie trudniejsza do przeprowadzenia, bo jej granica z Białorusią jest, w przeciwieństwie do łotewskiej, w całości ogrodzona.
Rosjanie czują się na Białorusi jak u siebie w domu. Mają broń jądrową
Strażnicy graniczni z placówki w Trybańcach czasem widzą przez lornetkę czy noktowizor białoruskich pograniczników. Nigdy stąd nie widzieli natomiast rosyjskich żołnierzy, stacjonujących na Białorusi.
Zbieraniem danych na ten temat intensywnie zajmuje się Narodowe Centrum Zarządzania Kryzysowego. – Białoruś i Rosja są oczywiście w jednej drużynie, działają w sposób bardzo zintegrowany. Ale Rosja to egzystencjalne zagrożenie. Białoruś – to powód do niepokoju i wyzwanie. Jeżeli Białoruś działałaby na własny rachunek, to nie interesowałaby nas aż tak bardzo – mówi dyrektor Vitkauskas.
Czytaj więcej
Powinniśmy bronić Ukrainy jak siebie, a tego nie robimy - mówi w najnowszym odcinku podcastu „Globalny Chrząszcz” Vytautas Landsbergis, były przywó...
Ale nie działa. Już od czasu, gdy Litwa odzyskała niepodległość, rosyjska obecność militarna na Białorusi była, jak to określa szef Centrum, całkiem sugestywna. Teraz jest zdecydowanie większa. Kluczowy powód: instalacje związane z bronią jądrową. Ale także wykorzystywanie Białorusi do obserwacji sąsiadów, zwłaszcza Ukrainy.
Władimir Putin zapowiedział rozmieszczenie rosyjskiej taktycznej broni nuklearnej na Białorusi rok po rozpoczęciu wielkiej wojny przeciw Ukrainie, w marcu 2023 r. Miała tam trafić w 2024 r.
Czy na pewno tam jest?
– Uważamy, że tak – odpowiada Vitkauskas.
Dodaje, że Rosjanie czują się na Białorusi jak u siebie w domu. Nie pytaliby Aleksandra Łukaszenki, gdyby chcieli kogoś zaatakować z terytorium jego kraju, wykorzystując tamtejszą infrastrukturę. Dzisiaj rosyjska obecność wojskowa na Białorusi nie jest jeszcze wystarczająca do ataku. – Rozumiemy, że to może się zmienić bardzo szybko, ale nie jutro i nie znienacka. Jeżeli jednak Rosjanie uznają, że ich plany militarne wymagają skorzystania z terytorium Białorusi, to zrealizują to bez żadnych konsultacji – podkreśla Vitkauskas.