Reklama
Rozwiń
Reklama

Armia po Nangar Khel

Sąd za ostrzelanie afgańskiej wioski. Siedmiu komandosów zasiądzie jutro na ławie oskarżonych. W wojsku sprawa Nangar Khel wywołała wstrząs, być może oczyszczający

Publikacja: 02.02.2009 02:06

W listopadzie 2007 roku sąd zdecydował o aresztowaniu siedmiu komandosów, którzy ostrzelali wioskę.

W listopadzie 2007 roku sąd zdecydował o aresztowaniu siedmiu komandosów, którzy ostrzelali wioskę. Na wolność wyszli wiosną 2008 roku

Foto: Fotorzepa, Bartosz Jankowski

Takiego procesu w historii polskiej armii jeszcze nie było. Jutro przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie stanie siedmiu komandosów, na których ciąży zarzut strzelania do bezbronnych cywilów. Sześciu oskarżonym grozi dożywocie, siódmy może trafić do więzienia nawet na 25 lat. Eksperci są zgodni: ta sprawa już wywiera wpływ na polskie wojsko, a to dopiero początek.

[srodtytul]Czy syndrom istnieje[/srodtytul]

– Tragedia pod Nangar Khel uświadomiła żołnierzom, jak ważną sprawą jest dokładna znajomość i przestrzeganie obowiązujących na misji zasad użycia siły – podkreśla płk Sylwester Michalski, rzecznik Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

We wrześniu 2008 r. specjaliści prawa z MON uznali obowiązujący dokument ustalający zasady użycia siły na misji za wystarczająco dobry. Jednocześnie szef sztabu wydał dla dowódców kontyngentów wojskowych nowe wytyczne, które mają uprościć współdziałanie z Żandarmerią Wojskową i prokuraturą.

– Polscy żołnierze utrzymują w rejonie, za który są odpowiedzialni, pełną inicjatywę operacyjną. Nie kryją się w bazach. Tam, gdzie trzeba, działają zdecydowanie, na podstawie jasnych i przejrzystych zasad użycia siły, ale jednocześnie z rozwagą. W działaniu obecnego kontyngentu w Afganistanie nie znajduje potwierdzenia teza o rzekomym syndromie Nangar Khel – zapewnia pułkownik Michalski.

Reklama
Reklama

Co innego mówią jednak sami żołnierze. – Chłopcy boją się jeździć na patrole, a tym bardziej strzelać. Wszyscy mają poczucie, że w każdej chwili mogą zostać zatrzymani – przyznaje w rozmowie z „Rz” jeden z wojskowych, który był na misji w Afganistanie.

[srodtytul]Nie ma czasu na kalkulacje[/srodtytul]

Jego słowa potwierdza Paweł Graś (PO) z Sejmowej Komisji Obrony Narodowej. – Takie sygnały docierały i do premiera, i do ministra obrony narodowej – przyznaje. Jego zdaniem negatywny trend powinien zostać jak najszybciej odwrócony. Tym bardziej że sytuacja w Afganistanie staje się coraz bardziej skomplikowana. – Bezpieczeństwo żołnierzy powinno być priorytetem. W sytuacji stresu nie mają przecież czasu i możliwości, by przeprowadzać chłodne kalkulacje. Muszą czuć, że stoi za nimi państwo – uważa. Pierwszy krok został już uczyniony. – To zapewnienie żołnierzom opieki prawnej – mówi.

Ale czy to wystarczy? Zdaniem ekspertów zmiany muszą być głębsze. – Należy zmienić procedury wysyłania naszych żołnierzy na misje o charakterze wojennym. W tworzenie nowych przepisów w tym zakresie prócz rządu i prezydenta powinien się włączyć parlament – uważa generał Stanisław Koziej, ekspert wojskowy.

[srodtytul]Armia będzie silniejsza?[/srodtytul]

Nangar Khel było incydentem. Incydent ten, zdaniem polityków, pokazał jednak liczne słabości nie tylko polskiej armii, ale też organów ścigania. – Zabrakło działań o charakterze służbowym, pragmatyki. Oddanie tej sprawy w ręce żandarmów i prokuratorów spowodowało wśród żołnierzy ogromne spustoszenie moralne – podkreśla Jerzy Szmajdziński (SLD), były szef MON.

Reklama
Reklama

Tym bardziej że, jak przekonuje Paweł Graś, do pracy prokuratury można mieć wiele zastrzeżeń. – Do dziś np. niewyjaśniona jest rola, jaką w sprawie Nangar Khel mogła odegrać Służba Kontrwywiadu Wojskowego – zaznacza. – Liczyłem na dobrą pracę prokuratury. Przyznam, że się zawiodłem.

Niezależnie od tego, jak zakończy się proces, pewne jest jedno – sprawa Nangar Khel wyrządziła w armii wiele szkód. Może się ona jednak okazać przeżyciem oczyszczającym. – Problem jest bardzo złożony. Ze sprawy Nangar Khel płyną wnioski dotyczące szkolenia, rozpoznania, dowodzenia w jednostkach. Jeśli cywilni przełożeni stworzą odpowiednie warunki do zmian, armia, w szczególności wojska lądowe, wyjdzie z tego silniejsza. Ale na to potrzeba lat – uważa Szmajdziński.

[ramka]Zbrodnia czy wypadek?

16 sierpnia 2007 r. wybuch miny unieruchomił dwa wozy ISAF w okolicach wioski Nangar Khel. Na miejsce wysłano polskich komandosów, którzy otworzyli ogień z

karabinu maszynowego i moździerza. Kilka pocisków spadło na zabudowania. Zginęli cywile. Po powrocie do Polski siedmiu komandosów trafiło do aresztu. Sześciu prokuratura oskarżyła o zbrodnię wojenną, jednego o ostrzelanie niebronionego obiektu cywilnego. Według śledczych dowódca bazy Olgierd C. wydał rozkaz zniszczenia wioski, a jego podwładni go wykonali. Potem wspólnie ustalili wersję, z której wynika, że ostrzał był odpowiedzią na rzekomy atak talibów. Dowodem mają być m.in. zeznania świadków – żołnierzy z bazy Wazi Khwa. Część z nich pojechała pod Nangar Khel, ale odmówiła otwarcia ognia. Zdaniem śledczych oskarżeni wyraźnie wstrzeliwali się w cel – pociski padały coraz bliżej zabudowań, aż w końcu uderzyły w dom. Komandosi nie przyznają się do winy. Twierdzą,

że strzelali do rozsianych wokół wioski stanowisk obserwacyjnych talibów. Miałby to potwierdzać nasłuch prowadzony przez Amerykanów. Dlaczego zatem zginęli cywile? – To wina wadliwego sprzętu – twierdzą oskarżeni. Wiosną 2008 r. komandosi opuścili areszt.

Reklama
Reklama
Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Służby
„Tykające bomby” pod mundurem. Choroby psychiczne poza kontrolą służb
Służby
„Rzeczpospolita” ustaliła: Oficer SOP, który groził dziennikarzowi, był zweryfikowany przez ABW
Służby
Nowe informacje o szpiegu zatrzymanym w MON. Z kim współpracował?
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama