Rz: Krajowa Rada Sądownictwa wybrała kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego. Już wiadomo, że nie udało się obsadzić wszystkich wakatów. Zabrakło wyjątkowych kandydatów?

Wiesław Johann: Jestem przekonany, że Rada wybrała najlepszych. Będą jeszcze jedne wybory. Myślę, że niektórzy z kandydatów, którzy nie zyskali rekomendacji za pierwszym razem, ponowią swoje zgłoszenie.

Nie martwi pana, że w Izbie Dyscyplinarnej SN, oczywiście jeśli wybór Rady zaakceptuje prezydent, pojawi się aż sześciu prokuratorów i zaledwie dwóch sędziów?

Słyszałem takie zarzuty. Cóż, referaty prezentowane przez zespoły były dość krótkie. Trudno jednak zaprzeczyć, że wśród rekomendowanych są naprawdę dobrzy prawnicy. Taka była decyzja Rady, taki był wynik głosowania.

Skoro już jesteśmy przy głosowaniu. Dlaczego było ono tajne?

Dlatego że taką możliwość przewiduje procedura i regulamin prac Rady.

Równie dobrze mogło być jawne...

Oczywiście, że mogło. Przepisy jednak mówią, że jeśli pojawi się choć jeden wniosek o niejawne głosowanie, to musi on być poddany pod głosowanie. I tak też się stało. Było takie głosowanie i wniosek został przyjęty.

Przyjęty wbrew pana stanowisku... Nie udało się namówić członków Rady do jawnego głosowania? Próbował pan, i to nie po raz pierwszy...

Autopromocja
CFO Strategy & Innovation Summit 2021

To już IV edycja kongresu dla liderów świata finansów

WEŹ UDZIAŁ

Tak. Od zawsze jestem zwolennikiem jawności i uważam, że głosowania nad kandydaturami do Sądu Najwyższego powinny przebiegać jawnie. Mamy przecież transmisje z obrad. Każdy, kto chce, może śledzić prace nad wyborem sędziów. Dlaczego niby miałby nie wiedzieć, kto popiera konkretnego kandydata?

Może gdyby głosowanie było jawne, byłoby mniej zastrzeżeń do prac Rady i jej wyborów?

Dla mnie to oczywiste. Jawność postępowania przed KRS wypełniałaby konstytucyjną zasadę jawności życia publicznego. A do tego każdy obywatel ma prawo. To są wartości konstytucyjne, dla mnie najwyższe.

W tej sprawie w Radzie jest pan osamotniony...

Niestety. Decyzje zapadają w głosowaniu.

Wróćmy do głosowania niejawnego. Poza rekomendowaną dwunastką żaden kandydat nie zyskał poparcia Rady? Zabrakło wielu głosów?

Trochę brakowało...

Miał pan swojego pewniaka?

Tak, ale nie powiem, jak głosowałem.

Wybory za nami. Nie zaskoczyło pana ekspresowe tempo zwołania posiedzenia plenarnego w tej sprawie?

Trochę zaskoczyło. To jednak decyzja przewodniczącego KRS. Nie musiał jej konsultować. Miał do tego prawo, więc zwołał je szybko.

Nie zbyt szybko?

Może i tak, ale myślę, że to dobrze. Sąd Najwyższy musi normalnie pracować. Cały czas mówimy o sprawności postępowania, więc trzeba przestać mówić i pozwolić mu normalnie pracować.

Spore zamieszanie wywołała kandydatura sędziego Mariusza Muszyńskiego, wiceprezesa Trybunału Konstytucyjnego, do Izby Dyscyplinarnej SN. Najpierw były wątpliwości co do jego zgłoszenia, potem nie przyszedł na posiedzenie zespołu, a na koniec wycofał swoją kandydaturę. To trochę zabawa w kotka i myszkę...

Każda osoba, która zgodnie z ustawą o SN zgłosiła się jako kandydat do jednej z czterech izb, mogła przyjść na spotkanie z zespołem albo nie. To jej prawo. Te spotkania mają o tyle znaczenie, że jest to bezpośredni kontakt z kandydatem, który może Radę do siebie przekonać, powiedzmy, zaprezentować swoje najmocniejsze strony. Podobnie jest z wycofaniem zgłoszenia. Przypadek sędziego Muszyńskiego nie był jedynym. Kilkanaście osób wycofało zgłoszenia, a nieco więcej nie stawiło się na spotkanie z zespołem.

Tłumaczyli się jakoś?

Jedni się usprawiedliwiali, inni nie.

—rozmawiała Agata Łukaszewicz