Spośród pięciu kandydatów na I prezesa Sądu Najwyższego prezydent wybrał właśnie pana. Było zaskoczenie?

Trudno powiedzieć, że byłem zaskoczony. Z jednej strony, mając na uwadze to, co się działo tuż przed wyborem, te ataki medialne na mnie związane ze sprawą Lecha Wałęsy, zastanawiałem się, jak postąpi pan prezydent. Z drugiej strony wiedziałem, że na zgromadzeniu w SN uzyskałem największą liczbę głosów. Mam określoną drogę zawodową, którą doszedłem do tego miejsca, pełniąc ostatnio funkcję prezesa SN kierującego pracą Izby Karnej. Wcześniej przez ponad 30 lat byłem sędzią, który przeszedł całą możliwą drogę zawodową – od sądu rejonowego, przez okręgowy, aż do sądu apelacyjnego. Miałem wewnętrznie różne emocje.

Jest pan sędzią Sądu Najwyższego od 2022 roku. W tym czasie zdążył pan już kierować jedna z izb. Jak na 4 lata to bardzo szybki awans: z sądu apelacyjnego na sam szczyt. Zdecydowało szczęście, umiejętności czy może coś innego?

Zapewne po części każda z tych okoliczności. Zostałem sędzią Sądu Najwyższego, potem Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej powołał mnie na stanowisko prezesa Sądu Najwyższego kierującego pracą Izby Karnej i po zakończeniu trzyletniej kadencji, w naturalny sposób, zdecydowałem się kandydować w wyborach na I prezesa Sądu Najwyższego. Z mojego punktu widzenia ta droga jest normalna. Mam za sobą prawie 36 lat doświadczenia sędziowskiego. Nie przypominam sobie, żeby po dziewięćdziesiątym roku I prezesem Sądu Najwyższego był sędzia, który miał taką drogę zawodową. Pamiętam natomiast, że były osoby, które przyszły bezpośrednio do Sądu Najwyższego, a wcześniej nie miały w ogóle żadnego doświadczenia sędziowskiego.

Czytaj więcej

Jest nowy pierwszy prezes Sądu Najwyższego. Decyzja prezydenta Nawrockiego

Prezydent czekał niemal do ostatniej chwili z decyzją o wyborze. Może to świadczyć o tym, że się wahał?

W rozmowie z panem prezydentem usłyszałem, że podjął tę decyzję w takim czasie, gdyż głęboko się nad wszystkimi kandydaturami zastanawiał. I to jest prawo prezydenta, jego wyłączna prerogatywa. Zmieścił się w ustawowym terminie, co umożliwiło powołanie mnie na urząd przed zakończeniem kadencji poprzedniej I prezes SN pani Małgorzaty Manowskiej. Wszystko odbyło się zgodnie z prawem i zwyczajem.

Pierwsze komentarze po ogłoszeniu decyzji prezydenta nie są jednoznaczne. Zabolały pana słowa prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który nie kryje niezadowolenia z powołania właśnie pana?

Zabolałoby mnie, gdyby  o tym, że to nie ja będę I prezesem Sądu Najwyższego, miało zdecydować  jedno orzeczenie zapadłe 26 lat temu. I to w związku z materiałami, przy których dopuszczono się przestępstwa. Przez lata ukrywano zasadnicze dowody w tej sprawie. Po drugie uważam, że prezydent ma prawo korzystać ze swojej prerogatywy w sposób nieskrępowany. To jest wyłącznie jego sprawa.

W tle niezadowolenia przywoływany jest wyrok sądu lustracyjnego z 2000 r. w sprawie Lecha Wałęsy i jego współpracy z SB. Sąd w składzie, gdzie pan zasiadał, choć mu nie przewodniczył, uznał, że były prezydent nie jest kłamcą lustracyjnym. Dziś w mediach mówi pan, że gdyby wówczas sąd znał wszystkie dokumenty odnalezione po latach, to wyrok mógłby być inny. Czy to oznacza, że wycofuje się pan z tego, co orzekł 26 lat temu?

Nie ujmowałbym tego w kategoriach wycofywania się z orzeczenia. W 2000 r. sąd orzekał na podstawie materiału, który miał przed sobą i który mógł ocenić w ramach obowiązującej procedury. Czym innym jest natomiast pytanie, czy ujawnione później dokumenty i fakty – nieznane sądowi w chwili orzekania – mogłyby mieć znaczenie dla rozstrzygnięcia. W 2000 r. nie można było zakładać, że 16 lat później zostaną znalezione materiały, które rzucą na sprawę zupełnie inne światło. Chodzi o teczkę pracy i teczkę personalną byłego prezydenta Lecha Wałęsy. W swojej pracy zawodowej osądziłem tysiące spraw i choć sprawa, o której rozmawiamy, jest ważna, bo dotyczy byłego Prezydenta RP, to nie jest tak, że ja mam czas i potrzebę, żeby sięgać do historii. To orzeczenie zapadło w oparciu o wszystkie dostępne materiały, które zostały nam udostępnione przez rzecznika interesu publicznego i te, które udało się zgromadzić w toku procesu lustracyjnego. W oparciu o te materiały wydaliśmy wówczas orzeczenie odzwierciedlające treść materiału dowodowego. Obecny wówczas w toku przewodu sądowego w tej sprawie zastępca RIP nie wnosił, żeby uznać złożone przez prezydenta Lecha Wałęsy oświadczenie lustracyjne za niezgodne z prawem. Wnosił natomiast o umorzenie postępowania z braku wystarczających dowodów. Ten fakt w doniesieniach medialnych się pomija. Druga rzecz, bardzo istotna, to jest to, że była możliwość zaskarżenia kasacją do Sądu Najwyższego tego orzeczenia. Ówczesny prokurator generalny w 2000 r. z możliwości tej nie skorzystał. Po znalezieniu tych dokumentów, ani zresztą po opublikowaniu książki prof. Cenckiewicza, nie złożono też wniosku o wznowienie postępowania. I nagle teraz, po 26 latach, obciąża się skład sądu winą za to, że z dzisiejszej perspektywy to orzeczenie jest błędne czy nieprawidłowe. Uważam, że jest to wysoce niesprawiedliwe, niesłuszne, nierzetelne i mocno krzywdzące.

Czytaj więcej

Ewa Szadkowska: Nawrocki pokazał Kaczyńskiemu… gdzie jego miejsce

To niejedyny budzący emocje wyrok wydany przez pana w czasach, kiedy zasiadał pan w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie – w sądzie lustracyjnym i karnym. Media przypominają, że w 2005 r. uznał pan, że Józef Oleksy jest kłamcą lustracyjnym. Rok później z kolei za prawdziwe uznał pan oświadczenie Zyty Gilowskiej, wicepremier i minister finansów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza. Wśród przypominanych panu orzeczeń pisze się także o uniewinnieniu Stanisława Kani, byłego I sekretarza KC PZPR z zarzutu udziału w nielegalnym wprowadzeniu stanu wojennego czy oddaleniu apelacji obrony generała Kiszczaka od wyroku skazującego na dwa lata więzienia w sprawie wprowadzenia stanu wojennego. Tych znanych nazwisk było wiele. Dziś po objęciu funkcji I prezesa SN będzie pan z tamtych rozstrzygnięć na nowo publicznie rozliczany. Jest pan na to gotowy?

Istotą zawodu sędziego jest rozstrzyganie określonych kwestii faktycznych oraz prawnych i wydawanie orzeczeń. Sędzia za każde rozstrzygnięcie musi wziąć odpowiedzialność. Jak widać istnieje „ryzyko”, że po nawet kilkudziesięciu latach zostaną „odgrzebane” jakieś dokumenty i będzie się do pewnych spraw wracać. W każdej sprawie, w której orzekałem, a były to sprawy także o dużym ciężarze gatunkowym, dotyczące ludzi z pierwszych stron gazet – orzekałem zawsze w sposób rzetelny, mając na uwadze całokształt materiału dowodowego. Właściwie starałem się interpretować przepisy prawa i za każde orzeczenie biorę odpowiedzialność. Postępowanie lustracyjne toczy się przecież według reguł kodeksu postępowania karnego. Sąd lustracyjny miał obowiązek stosować wszystkie zasady rzetelnego procesu karnego, łącznie z regułami oceny dowodów, zasadą domniemania niewinności, rozstrzygania wątpliwości na korzyść itd.

Czytaj więcej

Jarosław Kaczyński próbuje zablokować kandydata na nowego I prezesa SN

A odnosząc się do nazwisk?

Czytałem te publikacje. Prawda nie została w nich uczciwie przekazana, wręcz wybiórczo. Ja nie uniewinniłem Stanisława Kani. Rozpoznawaliśmy sprawę twórców stanu wojennego w instancji odwoławczej. Byłem sędzią sprawozdawcą w sprawie dotyczącej Stanisława Kani i generała Kiszczaka. W sprawie Stanisława Kani, w pierwszej instancji, zapadł wyrok uniewinniający, a sąd drugiej instancji go utrzymał w mocy. Z materiału dowodowego wynikało, że nie było żadnych dowodów świadczących o tym, że można przypisać winę Stanisławowi Kani. Został zdjęty ze stanowiska dlatego, że nie chciał wprowadzić stanu wojennego. Z kolei w sprawie generała Kiszczaka sąd apelacyjny włożył bardzo dużo wysiłku oraz wykazał dużo determinacji, pomimo przeszkód i prób destrukcji, żeby ją w ogóle osądzić. Kiedy dostałem tę sprawę, postępowanie było zawieszone z uwagi na stan zdrowia oskarżonego, a równocześnie oglądaliśmy w telewizji generała, który na działce pisał książki i udzielał wywiadów. Z opinii biegłych wynikało, że nie może stawić się do sądu. To właśnie sąd z moim udziałem podjął na nowo zawieszone postępowanie. Skierował generała Kiszczaka do Gdańska na badania i dzięki temu pojawiła się możliwość rozpoznania sprawy, a w efekcie utrzymania w mocy wyroku skazującego.

W sprawie generała Kiszczaka sąd apelacyjny włożył bardzo dużo wysiłku oraz wykazał dużo determinacji, pomimo przeszkód i prób destrukcji, żeby ją w ogóle osądzić. Kiedy dostałem tę sprawę, postępowanie było zawieszone z uwagi na stan zdrowia oskarżonego, a równocześnie oglądaliśmy w telewizji generała, który na działce pisał książki i udzielał wywiadów. To właśnie sąd z moim udziałem podjął na nowo zawieszone postępowanie.

Co istotne, w sprawie, o której mowa, prokurator nie zaskarżył wyroku I instancji na niekorzyść oskarżonego Kiszczaka i nie domagał się podwyższenia kary. Apelację wniosła obrona, rzecz jasna na korzyść gen. Kiszczaka. Sąd apelacyjny nie miał więc prawnej możliwości podwyższenia wymiaru kary.

Już w SN podejmował pan uchwałę w sprawie, powiedzmy, starego i nowego kierownictwa prokuratury. Uznał pan wówczas, że to Dariusz Barski jest nadal prawidłowo powołanym prokuratorem krajowym. Nadal pan tak uważa?

Oczywiście. Jestem przekonany co do słuszności tej uchwały. Wówczas prokuratorem generalnym i ministrem sprawiedliwości w jednej osobie był Adam Bodnar. W styczniu 2024 r., kiedy miało miejsce to zdarzenie w godzinach przedpołudniowych, prokurator Dariusz Barski został poproszony o podpisanie dokumentów pozwalających na powołanie na jednego z zastępców prokuratora generalnego Jacka Bilewicza. Był więc traktowany jak prokurator krajowy, bez którego zgody nie mogło przecież nastąpić to nowe powołanie. Tego samego dnia, w godzinach popołudniowych, prokurator Dariusz Barski otrzymał pismo od prokuratora generalnego, z którego wynikało, że on w zasadzie nigdy nie wrócił ze stanu spoczynku. To jest nie do pomyślenia, żeby prokurator generalny – minister sprawiedliwości w ciągu jednego dnia tak postąpił. To jest jaskrawo instrumentalne wykorzystywanie prawa i to na tak żenującym poziomie. Tu wkroczyła polityka i różne bieżące potrzeby, a prawo złamano. Stąd też sięgnięto po opinie prawne, aby uzyskać jakąkolwiek podporę dla takiej czynności.

Czytaj więcej

Kapiński na czele SN. Manowska: „Bardzo się cieszę z wczorajszej decyzji prezydenta”

Zostawmy historię. Jako sędzia respektuje pan wyroki europejskich trybunałów?

Oczywiście, że tak. Tylko jako sędzia, prawnik, Polak i patriota mam obowiązek we właściwy sposób interpretować te wyroki. Wiem, jakie one mają znaczenie dla polskiego porządku prawnego. Wiem, jakie są źródła prawa zawarte w Konstytucji RP. Wiem też, że wyroki trybunałów europejskich nie są źródłem prawa. Są adresowane do władz państwa po to, aby je realizować i wykonywać. To zadanie dla państwa, żeby zmieniać nasze krajowe prawo w określonym kierunku. Natomiast nie mogą one i nie stanowią źródła prawa. Jest też drugi istotny element. Uważam, że sędziowie, prawnicy powinni patrzeć podobnie, jak patrzą na to w innych krajach: w Niemczech, we Włoszech, Francji czy w Rumunii. Tam weryfikują, czy wydawane przez trybunały europejskie orzeczenia mają podstawę traktatową. To bardzo istotne. Nie możemy pozwolić na to, żeby ograniczana była nasza suwerenność. To jest po prostu dbanie o interesy własnego państwa, bo jeżeli sami o te interesy nie będziemy dbali jako obywatele, jako prawnicy, jako sędziowie, to kto o nasze interesy będzie dbał?

Przejął pan Sąd Najwyższy w bardzo trudnej sytuacji, zmaga się on z wieloma problemami. Z samego SN padają głosy, że nie jest pan radykałem. Jak więc pan chce poprawić tę sytuację?

Mam świadomość, że będzie to bardzo trudna, jak niektórzy mówią, najcięższa w ostatnich dziesięcioleciach kadencja. Nie lubię narzekać i stać z boku. Trzeba podjąć próbę. Podejmowałem ją już jako prezes Sądu Najwyższego kierujący pracą Izby Karnej. Uważam, że się udało. Pomimo trudności, podziałów Izba załatwiała 99 proc. kasacji. Niektórzy inni kandydaci na stanowisko I prezesa SN mimo tego chcieli ją jednak „reformować”. Teraz podejmę odpowiednie działanie wobec całego SN. Zasadniczy problem jest jednak taki, że mamy kilkadziesiąt wakatów sędziowskich, które są zablokowane z uwagi na problem z Krajową Radą Sądownictwa. Mamy nieobsadzone funkcje prezesa Sądu Najwyższego kierującego pracą Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych od ponad 2 lat oraz od ponad pół roku, funkcję prezesa Sądu Najwyższego kierującego pracą Izby Odpowiedzialności Zawodowej. Jeżeli ustabilizuje się sytuacja kadrowa, która pozwoli na to, żeby w pełnym składzie Sąd Najwyższy mógł funkcjonować, będzie to z korzyścią dla obywateli i państwa. Liczę też, że ci sędziowie, którzy dziś kontestują innych sędziów, zmienią swoje zdanie. Nie ma żadnej podstawy, żeby się dzielić, wzajemnie kwestionować. Doskonałym przykładem, jak może to funkcjonować jest Naczelny Sąd Administracyjny. Tam jest ponad 100 sędziów. Są nominowani w tej samej procedurze, jak sędziowie Sądu Najwyższego i sędziowie sądów powszechnych. Tam natomiast nie ma podziału na nowych i starych. Wszyscy razem orzekają. Nie dochodzi do sytuacji, że uchylane są wyroki, orzeczenia, tylko z uwagi na skład sądu. W Sądzie Najwyższym i sądach powszechnych część sędziów bezpodstawnie uchyla wyroki sądów niższych instancji nie dlatego, że są merytorycznie wadliwe, ale dlatego, że w składzie sądu brał udział sędzia powołany przez prezydenta po 2018 r., a im nie podobają się przepisy, w oparciu o które do tego powołania doszło. Z tym trzeba wreszcie skończyć. Trzeba wrócić do respektowania prawa i działać w interesie wymiaru sprawiedliwości.

W Sądzie Najwyższym i sądach powszechnych część sędziów bezpodstawnie uchyla wyroki sądów niższych instancji nie dlatego, że są merytorycznie wadliwe, ale dlatego, że w składzie sądu brał udział sędzia powołany przez prezydenta po 2018 r., a im nie podobają się przepisy, w oparciu o które do tego powołania doszło.

Ma pan sposób na zasypanie podziałów pomiędzy neo i paleo sędziami SN? Jak pan zamierza sprawić, żeby orzekali wspólnie?

To nie jest problem prawny, a bardziej mentalny. Część „starych” sędziów stoi teraz pod ścianą. Mają dylemat co z tym dalej zrobić. Zaszli za daleko. Wiedzą, że głową tej ściany nie przebiją, ale jednocześnie nie mają odwagi, żeby zrobić krok wstecz i powiedzieć: droga, którą wybraliśmy, jest zła. Druga rzecz, to kwestia podejścia polityków. Uważam, że gdyby oni się „dogadali” w fundamentalnej sprawie wymiaru sprawiedliwości, bez emocji, bez wzajemnych oskarżeń, to wystarczyłoby uchwalić krótką jednozdaniową wręcz ustawę, która potwierdzi ważność nominacji sędziowskich od 1990 r. do chwili obecnej i zakaże ich kwestionowania. To powinno zakończyć spór w sądownictwie w tym zakresie, dla dobra wymiaru sprawiedliwości, dla dobra Polski. Obywatele nie mogą żyć w kraju, w którym nie wiedzą, czy sędzia , który orzekał w ich sprawie i wydał orzeczenie, nie będzie kwestionowany, a to orzeczenie będzie następnie uchylone. Nie dlatego, że było błędne, tylko dlatego, że wydał je właśnie sędzia powołany po 2018 r. Jest dużym paradoksem, że teraz w maju obsada KRS odbyła się dokładnie na takich samych przepisach, ale już się jej nie kwestionuje. Dlatego będę rozmawiał z kim tylko można, żeby to naprawić. Część „starych” sędziów, z którymi rozmawiam, a znamy się naprawdę od wielu lat, przyznaje, że to wszystko za daleko zaszło. Nie mają jednak jeszcze wystarczającej odwagi, żeby się z tego wycofać. Do tego będę przekonywał.

Czytaj więcej

Michał Laskowski: Nowy I prezes Sądu Najwyższego nie jest radykałem

Zwoła pan pierwsze posiedzenie Krajowej Rady Sądownictwa nowej kadencji?

Podjąłem już decyzję, ale nie będę jeszcze tego medialnie rozpowszechniał. Moim zadaniem i celem jest to, żeby wszystkie instytucje państwa działały w sposób prawidłowy, w interesie obywateli i państwa. Chcę skończyć z wzajemnym kwestionowaniem osób oraz instytucji tylko dlatego, że się komuś coś nie podoba z przyczyn osobistych czy politycznych, a nie merytorycznych. Dołożę wszelkich starań, aby w wymiarze sprawiedliwości sytuacja wróciła do normy. Tyle mogę powiedzieć.

Z odpowiedzi wynika, że tak?

Powiedziałem wprost tyle, ile mogłem. Proszę samej wyciągnąć wnioski.

Jako I prezes Sądu Najwyższego będzie pan miał decydujący głos w Trybunale Stanu, jako jego przewodniczący. Sprawa byłej I prezes ma szansę na dalszy bieg przed obliczem TS?

Zapoznam się szczegółowo ze stanem spraw, które są w Trybunale Stanu. Na dziś mam w tej sprawie jedynie wiedzę medialną, a na niej przecież nie będę bazował. To sam początek kadencji. Nie da się zrobić wszystkiego na raz, ale na pewno wkrótce zajmę się tą sprawą.

Czytaj więcej

Nie milkną echa wyboru nowego I Prezesa SN. Bogucki o wpisie Cenckiewicza