Choć „Star Wars” było ważne w czasach, gdy mój filmowy gust się kształtował, to nie jestem wyznawcą gwiezdnej sagi George'a Lucasa. Do oryginalnej trylogii mam wielki sentyment, lubię trzy filmy, które Lucas dał nam na początku XX wieku, natomiast kolejne odsłony, które serwuje nam Disney odkąd przejął prawa do kosmicznej opery o walce dobra ze złem, są mi obojętne.
Opowieść o łowcy nagród Mandalorianie (Pedro Pascal) od samego początku jednak skradła moje serce. Razem z „Księgami Boby Fetta” ta część sagi eksploatuje moją ulubioną część eklektycznego gatunkowo uniwersum Lucasa, który już w pierwszych filmach mieszał ze sobą spaghetti western i kino samurajskie.