I prezes SN przeprowadziła ostatnio reorganizację Izby Pracy SN, odwołała dotychczasowych przewodniczących wydziałów. Jak pan ocenia te działania?
Tak, reforma to zaprawdę wielka. O co w niej chodzi? To proste, w skrócie, wyciąć „nie naszych” i przejąć władzę przez „naszych”. Wszystko jasne i tylko koni żal. To była dobrze działająca struktura, przez 30 lat dopieszczana, efektywnie funkcjonująca. Dla pani Małgorzaty Manowskiej to wada, bo Izba Pracy nie orzekała „po linii”, była za bardzo zapatrzona w Europę i za bardzo „antyneonowa”, taka po prostu zbyt samodzielna. W dzisiejszym szarym, „naszym” SN to skaza. Dlatego wywrócono strukturę Izby do góry nogami, co dało pretekst do usunięcia z funkcji przewodniczących wydziałów trzech najwybitniejszych w kraju „pracusiów” i ubezpieczeniowców. W to miejsce upchnięto „swoje” kadry, z eksportu, z Izby Dyscyplinarnej i Cywilnej. W tym miejscu dotarliśmy do wątku komediowego. W oświadczeniu znajdującym się na stronie internetowej SN nominat Jarosław Sobutka, odpowiadając na zarzuty o niekompetencji, pochwalił się, że „posiada wieloletnie doświadczenie w sprawach pracowniczych. Jako radca prawny, prowadząc kancelarię radcy prawnego w latach 1999–2020, obsługiwał przedsiębiorców na podstawie stałych umów, w tym duże podmioty zatrudniające setki pracowników”. To pocieszne. Nie znam radcy prawnego, który takich kwalifikacji nie posiada. Zatem każdy radca prawny w Polsce (a jest ich prawie 40 tysięcy) ma wystarczające kwalifikacje aby zostać sędzią SN i kierować Izbą Pracy. Brawo. Zapraszamy. Posażny zaiste jest nasz kraj.
Czytaj więcej
Trwa pat w sprawie uchylenia immunitetu pierwszej prezes Sądu Najwyższego Małgorzacie Manowskiej....
Rzecz w tym, że nie o to chodzi. Sąd Najwyższy to takie miejsce, do którego powinni trafiać nie ci, co „znają królika” albo których politycznie wybrana KRS uznała za „swojego”, ale ci, którzy są „the best in the best”. Znam wielu takich radców prawnych, wyśmienitych specjalistów z prawa pracy, z osiągnięciami – no ale oni nie znają „królika” i są zbyt niezależni. Z kolei pani Agnieszka Góra-Błaszczykowska (przejęła zarządzanie izbą – red.) pochwaliła się, że przez dziewięć lat „orzekała w sądzie rejonowym – sądzie pracy i ubezpieczeń społecznych”, a potem od 2009 r. w WSA też miała do czynienia z tematyką Izby. Deklaracja ta, proszę mi wierzyć, rozbawiła około tysiąc polskich sędziów „pracusiów” i około dwustu naukowców specjalizujących się stale, a nie z doskoku w prawie pracy i ubezpieczeniach społecznych. Jeśli ktoś na poważnie opowiada takie duby smalone, to z jednej strony, robi się wesoło, z drugiej jednak, do oczu napływają łzy. Może znajdą się naiwni, którzy uwierzą, że z takimi fachowcami SN nadal będzie wyznacznikiem myśli prawniczej. Ja jestem małej wiary – z szarości nie zrodzi się tęcza.
Co więc nas czeka?
Mam taką propozycję dla aktualnie kierujących Izbą Pracy. Zapraszam Was w kwietniu i w maju na coroczne szkolenia sędziów, odstąpię Wam swoje zajęcia, będziecie mogli się sprawdzić, a sędziowie zweryfikują Waszą wiedzę i kwalifikacje z prawa pracy i ubezpieczeń społecznych. Proszę mi wierzyć polscy sędziowie są kompetentni. I ja, i Wy wiecie, czym się to skończy. Po pierwsze, Waszą niewiedzę „rozsmarują” jak masło na kromce chleba, a po drugie – przyjmuję zakład – że nie poddacie się takiej próbie. Aby przed nimi stanąć i się nie skompromitować, nie wystarczy tytułować się sędzią SN, to nic nie znaczy, trzeba „wiedzieć” i być co najmniej tak dobrym, jak oni. I to tyle, jeśli chodzi o reformę Izby Pracy i „kwalifikacje” obecnych decydentów.
Czy mają one wpływ na praktyczne funkcjonowanie Izby?
Tak. Wystarczy elementarna wiedza z teorii zarządzania. Jeśli to, co dotychczas dobrze czyniły trzy wydziały, podzielone terytorialnie ma robić jeden „mega” wydział, to oczywiste jest, że dojdzie do bałaganu, obniżenia jakości i szybkości wstępnego badania oraz kwalifikowania wpływających do Izby spraw. Trzeba być ślepy, aby tego nie widzieć. Niestety, szarość z reguły ma słaby wzrok.