Sąd, którego jest pan prezesem, wciąż jest mało znaną instytucją w Polsce, znacznie mniej rozpoznawalną niż Trybunał Sprawiedliwości UE. Wiadomo, że rozpatruje skargi na decyzje Komisji Europejskiej i innych instytucji unijnych. A pan jak by określił najkrócej jego rolę?
Sprawujemy sądową kontrolę nad tym, co robi Unia Europejska, tj. Komisja i inne instytucje, organy i agencje unijne, takie jak np. Frontex czy Urząd UE ds. Własności Intelektualnej. Jest ich sporo, a ich decyzje mają szeroki zakres adresatów i mogą bezpośrednio dotyczyć zwykłych ludzi, przedsiębiorstw, pracowników instytucji unijnych czy nawet rosyjskich oligarchów. To przed Sądem UE te podmioty mogą dochodzić ochrony swoich praw. Mogą to być także sprawy dotyczące państw członkowskich lub ich regionów. Chodzi o sytuacje, gdy organy UE podjęłyby decyzję, która w praktyce oznaczałaby dla Warszawy, Paryża czy Aten ograniczenia w ruchu pojazdów spalinowych. Albo gdyby w konkretnym regionie zakazano stosowania danego środka ochrony roślin. Są to sprawy o praktycznym znaczeniu dla bardzo wielu obywateli Unii. Zajmujemy się także np. znakami towarowymi, a te, jak wiadomo, są wszędzie. Gdyby ktoś chciał nielegalnie skopiować lub zarejestrować znak Batmana albo nazwisko Leo Messiego, to prędzej czy później taki spór mógłby trafić do Sądu UE.