[b]Uwaga: będę szargać świętość. Osoby o słabych nerwach proszone o zaniechanie dalszej lektury. [/b]

Otóż nasz Jaśnie Oświecony Oscarowiec znany jako Big Zbig stracił twórcze moce 16 lat temu i dotychczas ich nie odzyskał.

Co gorsza, ponieważ Zbigniew Rybczyński nie ma niczego istotnego do dodania do wcześniejszych dokonań, zaczął nadrabiać teorią. Mętną i napuszoną. Zdarza się, że inwencja oklapnie. Ludzka sprawa. Pretensję mam o to, że łgał. Jeszcze latem zapewniał, że w pracowni coś dojrzewa. Zapowiadał premierę nowego projektu zrealizowanego specjalnie dla poznańskiej Galerii Stary Browar.

Rozgrzana nadziejami pojechałam i… rozczarowałam się. "Traktat o obrazie" to jedynie powtórka z rozrywki. Przecież nie sposób pocieszyć się prezentacją "Od perspektywy sferycznej do perspektywy linearnej w kącie widzenia 180 stopni". Ruchoma abstrakcja, idealna jako tzw. wygaszacz obrazu na ekranie komputera. Kolorowe kulki toczące się po wypukłej szachownicy oglądanej z różnych punktów widzenia. Być może techniczna rewelacja. Lecz od strony plastycznej – wdzięczne nic. O jakimkolwiek sensie, przesłaniu – zapomnieć.

[srodtytul]Elegancka namiastka[/srodtytul]

W Starym Browarze oglądamy creme de la creme z dorobku artysty. Zaprezentowany wedle światowych standardów – różnej wielkości ekrany, symultaniczne projekcje, słuchawki do indywidualnego odbioru.

Ale nie przesadzajmy, w świat Rybczyńskiego można zanurzyć się także w mniej komfortowych warunkach. Dowodem – frekwencja na przeglądach jego prac wcześniej organizowanych w Polsce, i to wielokrotnie. Nawet obecnie w kieleckiej galerii XS trwa (do 28 lutego) retrospektywa jego sztandarowych osiągnięć.

Atutem browarowej ekspozycji miała być prezentacja intelektualno-technicznego zaplecza arcydzieł Zbiga. Taki pomysł broniłby się w dobie konceptualizmu, kiedy prezentowanie idei zamiast obiektów uchodziło za szczyt awangardy. Ale dziś inna sprawa. Popatrywałam na widzów – siedzieli długo, chłonęli filmy (dowód, że nie straciły magicznej mocy), lecz nie było chętnych na kontemplowanie wykresów. Jakoś nikt nie zgłębiał technicznych tajników "Nowej książki", nie śledził logistyki "Tanga", nie analizował blueboksów w "Schodach" czy przenikania w "Imagine".

[srodtytul]Bezcenne usterki [/srodtytul]

Z pewnością znajdą się tacy, których zafascynuje porównanie szkiców z ekranowymi wynikami. Tyle że… nie w galerii. Tam publiczność przychodzi na Rybczyńskiego, który czaruje obrazem, a także trochę filozofuje. W sposób poetycki i ujmujący prostotą uświadamia najważniejsze bytowe prawdy: że nic nie dzieje się w próżni; że życie toczy się wedle stałych reguł; że to, co wydaje się wyjątkowe – bo własne, jest uniwersalne; że priorytety zmieniają się z biegiem lat.

I jeszcze coś. Nasza natura jest przewrotna. W erze cybercywilizacji rośnie popyt na rękodzieła. Ponieważ digitalne "malowanie" obrazu stało się wszechdostępne, poszukujemy obiektów sztuki, które mają "duszę", zachowują ciepło ludzkiej ręki, oddają dukt jego myśli. Zaczynamy nawet cenić niedociągnięcia świadczące o tym, że rzecz wykonał człowiek, a nie maszyna cyfrowa.

Styl vintage (w wersji krajowej zwany niekiedy oldskulem) to moda wykraczająca daleko poza ubiór i wystrój wnętrza. Tak naprawdę wyraża stan ducha i emocji. Oddaje tęsknotę za czymś, co bezpowrotnie zniknęło. Za prawdziwymi wartościami, powolniejszym rytmem życia, szacunkiem dla wysiłku. Poruszają nas świadectwa dążenia do doskonałości. Samej doskonałości – bynajmniej. Niczego nie uczy, nie pobudza do marzeń.

Wczesne animacje Rybczyńskiego wzruszają mnie wyczuwalnym w nich wysiłkiem. I przełamywaniem oporu materii. Geniusz autora wcale nie polegał na osiągnięciu niebywałych – jak na tamtą epokę – rezultatów. Siła jego filmów tkwi w… usterkach. Stanowią świadectwo czasów, ustroju. Wybrakowane kolorystycznie, sztywne w ruchach, "naiwne" technicznie. Mimo to porywające – bo powstałe z pasji; z przemyśleń, obserwacji, intuicji.

Tak, widzimy "mankamenty" młodego Zbiga. On również je dostrzegał i rwał włosy z rozpaczy. Dążył do perfekcji, na którą w PRL nie miał szans. Niepotrzebnie się zadręczał. Jego prace sprzed emigracji, a także wczesne amerykańskie klipy wciąż pobudzają wyobraźnię. Więcej – wprawiają w stan hipnozy. Chce się je oglądać jeszcze i jeszcze. A po projekcji odczuwa się tęsknotę… Niezawodny probierz artystycznej rangi dzieła.

Rybczyński zapędził się w ślepy zaułek, stawiając na techniczną perfekcję. Wydatkował nadmiar energii na przygotowania, budowę studia, maszynerię, kalkulacje. Zapomniał, że w sztuce nie liczy się metoda, lecz wynik. A on chciał efekt wyliczyć w komputerze. Dlatego zapadł na twórczą niemoc. Paradoksalnie, właśnie teraz rodacy obsypują go zaszczytami. W katalogu kurator Piotr Krajewski pisze o Rybczyńskim na klęczkach i z dużej litery – On, Jego. Czołobitność niebezpieczna dla głównego zainteresowanego. Na piedestale stracił do siebie dystans.

[srodtytul]Naukowe ambicje[/srodtytul]

Podczas uroczystości, których był bohaterem, wygłaszał swoje aktualne credo zawarte w "Traktacie o obrazie" – stąd tytuł poznańskiej prezentacji.

Wywód trąci zarozumiałą brednią, dochodzącą do szczytu w konkluzji: "Jestem przekonany, że zrozumienie i naukowe zdefiniowanie wszystkich aspektów fenomenu ludzkiego widzenia (wewnętrznego i zewnętrznego) – w celu zbudowania ustandaryzowanej, maksymalnie zautomatyzowanej i ekonomicznie efektywnej technologii wytwarzającej adekwatne obrazy – jest koniecznością w dalszym rozwoju cywilizacji". Apage, Satana!

[i]Wystawa czynna do 22 lutego[/i]

[ramka][b]Zbigniew Rybczyński. Artysta wykorzystujący najnowsze techniki [/b]

Reżyser, operator filmowy, artysta multimedialny. 27 stycznia obchodził 60. urodziny. Studia na Wydziale Operatorskim łódzkiej PWSFTViT (1969 – 1973). Najważniejsze filmy, w tym obsypane nagrodami "Tango" (1980), zrealizował w studiu Se-Ma-For w Łodzi. W 1982 r. wyemigrował do USA via Austria (gdzie poprosił o azyl polityczny). Realizował wideoklipy (w ciągu trzech lat – ok. 30) i filmy eksperymentalne w technice wideo, potem elektronicznej. Ich popularność sprawiła, że w połowie lat 80. nadano mu przydomek Big Zbig. Ma też na koncie dwa długie metraże powstałe w technikach komputerowych: "Orkiestra" (1990) i "Kafka" (1992). Od 1987 do 1992 r. prowadził własne studio wyposażone w ultranowoczesny sprzęt. Wykładał na PWSFTViT w Łodzi, na Columbia University w Nowym Jorku i na Akademii Sztuki Medialnej w Kolonii; obecnie profesor Yoshibi University w Tokio. Zdobywca Oscara (1982) i Srebrnego Lwa na MFF w Cannes (1987). W roku 2008 uhonorowany przez ministra kultury Glorią Artis.[/ramka]