W czasach słusznie minionych jednym z mierników społecznych nastrojów były reakcje na kabaretowe przedstawienia. Twórczość kabaretowa kwitła. Autorzy tekstów oraz uczestnicy prześmiewczych happeningów prześcigali się w umiejętności wykorzystywania półsłówek, niedomówień, zaskakujących skojarzeń by w satyrycznym zwierciadle przedstawić otaczającą rzeczywistość. Działalność kabaretowa nie wymagała szczególnych zabiegów, realia tamtego świata były tak osobliwe, że ich zgrabne przedstawienie w kabaretowej formie gwarantowało sukces. Jakkolwiek zwykle subtelne, i tak co rusz kabaretowe przedstawienie schodziło do podziemia. Władza wsparta instytucjonalnie przez Główny Urząd Kontroli Publikacji Prasy i Widowisk dbała, by publiczność nie była nękana nadmiernie jednoznaczną treścią. Działalność opiekunów banalności przekazu wspierana była przez rozmaite osoby zajmujące się organizacją przedstawień.

Czytaj więcej

Tomasz Szafrański: Bajki z mchu i paproci o reformie prawa karnego

Autocenzura, podsiana konformizmem i dążeniem do niekomplikowania sobie życia w zamian za możliwość realizacji własnych małych spraw, powodowały, że przedstawienia kabaretowe o bardziej jednoznacznej i krytycznej treści szybko stawały się legendarne. Zapobiegano ich publicznemu rozprzestrzenianiu, dbając, by wydarzenia z udziałem kojarzonych z pewną dozą nonszalancji autorów, pojawiały się w o odpowiednio późnej porze. Najlepiej nocą. Zarejestrowane na domowych urządzeniach kiepskiej jakości krążyły wśród znajomych. Skecze i zgrabne powiedzonka stawały się elementami drugoobiegowej kultury. Ostrożność, instytucjonalna i osobista towarzyszyła dziennikarzom.

Skłoność do autocenzury

Wydawało się, że wraz ze zmianą systemu politycznego, do zamkniętej historii odkładamy ten świat. Czasami jedynie nadmierna nachalna bezpośredniość uruchamiała wspomnienia o subtelności twórców i dziennikarzy w totalnie kontrolowanym świecie przekazu. Jednak, komentarze po jednym z przedstawień kabaretowych tego lata zaskakująco przywołały wspomnienia dawno i słusznie minionej przeszłości. Reakcja publiczności i dziennikarzy na skądinąd niezbyt mocne skecze odnoszące się do aktualności politycznych i porównania do odważnej krytyki dawnych lat zdawała się być mocno przesadzona. Jednak wpisy dziennikarzy ujawniających uwierający system autocenzury w dzisiejszych redakcjach ożywiły demony przeszłości. Okazało się, że mimo braku odpowiednika Głównego Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk, obserwując oczekiwania dysponentów przestrzeni publicznej, jesteśmy skłonni do autocenzury. Konformizm okazał się zjawiskiem znacznie szerszym, niż można byłoby spodziewać się, obserwując rozmaite formy publicznie wyrażanego sprzeciwu wobec działań władzy publicznej oraz krytyki jej ekstrawaganckich pomysłów. Niestety, również przyglądając się działalności najbardziej niezależnych i niezawisłych instytucji, jakimi są sądy, dostrzec można także przejawy takiego podejścia. Z jednej strony nie oburza już wybór drogi awansu za pośrednictwem wybieranej przez polityków KRS. Z udziałem tak awansowanych odbywa się groteskowy „totolotek” w Sądzie Najwyższym, którego jedynym zadaniem jest stworzenie pozorów, że polityczny wybór składu nowej izby dyscyplinarnej dokonywany jest na sądowo wyłonionym przedpolu i w konsekwencji nie ma wyłącznie politycznego charakteru. Coraz dalej idące próby zniweczenia ustawami ukształtowanych prawem i orzecznictwem unijnym zasad powiększają dystans pomiędzy Polską a Unią.

Środowisko sędziowskie

Z ostrożnością i wstrzemięźliwie oceniane są radykalizujące się działania wymierzone w nieprawomyślnych przedstawicieli środowiska sędziowskiego. Intensyfikują się buńczuczne wypowiedzi powołanych, wybranych lub nominowanych z naruszeniem podstawowych reguł na stanowiska sędziowskie oraz do pełnienia rozmaitych funkcji. Z coraz mniejszym zażenowaniem obserwujemy dalekie od rozsądku i wyważenia wypowiedzi piastujących najważniejsze funkcje w sądownictwie, odnoszące się do problematyki przestrzegania i stosowania prawa unijnego w Polsce. Zaskakują zuchwałością kroki ze strony nominatów zdeterminowanych za wszelką cenę nie dopuścić do orzekania sędziów, o których upomniała się UE. Rozwodnienie kryteriów niczym otwarta śluza skaziła środowisko napływem pełnych kompleksów osób gotowych za wszelką cenę bronić niezasadnie uzyskanej pozycji. Dalej w tym idąc, niżby to wynikało z politycznej kalkulacji władzy, która ostatnio punkt ciężkości położyć chciała na pozyskaniu środków z unijnego funduszu odbudowy, płacąc za nie politycznie nieznaczącą cenę personalnej odwilży w środowisku sędziowskim. Tu zaś, właśnie w sądach, zradykalizowały się postawy najbardziej zagorzałych nominatów, przy wyraźnym lub cichym wsparciu otaczających ich konformistów. Ostentacyjnie konfrontacyjne postawy są bowiem szybko i wyraźnie odczytywane i przetwarzane przez poszukujące komfortu rzesze sędziów. Ostrożniejsze i zarazem konformistyczne staje się orzecznictwo, zwłaszcza w tych sprawach, które dotyczą osób lub zdarzeń pozostających w orbicie zainteresowania władzy. Smutne, bo rozstrzygnięte w myśl zasady „panu Bogu świeczkę, a i Diabłu ogarek” sprawy znanej dziennikarki piętnującej aferę hejterską, czy bohaterskiego działacza komunistycznej opozycji ostro sprzeciwiającego się nielegalnym pushbackom w wykonaniu polskich służb mundurowych na granicy białoruskiej. Paradoksalnie, to właśnie w wymiarze sprawiedliwości umiejętnie znaleziono słabość i ułomność ludzką, tak typową dla kiepskich sędziów po rozluźnieniu gwarancji instytucjonalnych. Ukazującą, że konstytucja bez wsparcia gotowych ją stosować prawników, staje się tylko zbiorem pustych deklaracji. Wypełnianym coraz częściej wypowiadanymi słowami o konieczności poszukiwania „kompromisu”, przekonującymi niestety, o utrwalającym się zrozumieniu i przyzwoleniu na patologie w otaczającej nas rzeczywistości. Ta rzeczywistość jest ciemna, a niestety zaczynamy się w niej urządzać.

Autorzy są profesorami i adwokatami