Maciej Strzembosz: O aborcji i referendach

Wybory samorządowe czy europejskie to świetna okazja, by zapytać o przerywanie ciąży.

Publikacja: 29.11.2023 03:00

Maciej Strzembosz: O aborcji i referendach

Foto: Adobe Stock

Polityka ma to do siebie, że różne rozwiązania, za które rządy są krytykowane przez opozycję, stają się nagle przydatnymi narzędziami w rękach tych, których miały pognębić. Tak właśnie się dzieje w wypadku mocno krytykowanego pomysłu PiS, by połączyć wybory z referendum. Pomysł był krytykowany głównie ze względu na idiotyczne pytania referendalne oraz fakt, że pochodzi wprost od Orbána, który dzięki takiemu pomysłowi wygrał wysoko wybory na Węgrzech. Tymczasem jest to rozwiązanie systemowo dobre, bo zwiększa frekwencję wyborczą i sprawia, że wybory są bardziej o coś niż tylko emocje. Oczywiście jeśli referendum zadaje pytania ważne, dotyczące realnych dylematów i wyzwań, a nie głupio stronnicze, na które nikt rozsądny nie może odpowiedzieć „tak”. W gruncie rzeczy miały one konstrukcję: Czy sąsiad nadal powinien bić żonę i to do krwi?

Tym niemniej od wielu lat twierdzę, że gdyby wprowadzić system referendów ogólnopolskich i lokalnych odbywających się równolegle z wyborami, jakość polskiej polityki wyraźnie by wzrosła.

Test dla polityków

W Stanach Zjednoczonych przy okazji każdych wyborów odbywają się mikroreferenda dotyczące rzeczy tak konkretnych, jak np. czy należy dofinansować budowę stadionu futbolowego. Ostatnio zaś referendum w Ohio, korzystające z supremacji prawa stanowego nad federalnym, doprowadziło do ponownej legalności aborcji mimo wyroku Sądu Najwyższego, który tę legalność uchylał. Gdy takich pytań jest kilkanaście, każdy lokalny polityk musi na nie odpowiedzieć i mniej się wtedy liczy czy jest przystojny i ma gadane, a bardziej – jak sobie wyobraża lokalny czy krajowy rozwój.

Czytaj więcej

Zmiana ustawy o dostępie do aborcji. Sondaż: Czego od Sejmu oczekują Polacy?

Oczywiście wymaga to zmiany polskiej o ustawy o referendach, skalibrowania okręgów z realnymi podziałami administracyjnymi i określenia na nowo reguł inicjatywy obywatelskiej w tej sprawie, tak aby przy podwyższonym limicie liczby podpisów, politycy nie mogli zablokować referendum, ani lokalnego, ani ogólnopolskiego.

Swego czasu założenia takiej ustawy były prezentowane na Kongresie Praw Obywatelskich organizowanym przez Ogólnopolską Federację Organizacji Pozarządowych (OFOP), więc gdyby ktoś chciał, to jest gotowy projekt do przedyskutowania, wpisujący się pięknie w punkt umowy koalicyjnej mówiący o decentralizacji i usamorządowieniu państwa.

Odpowiedź na zarzuty

Paradoksalnie oprotestowywana przez ówczesną opozycję inicjatywa PiS o połączeniu wyborów z referendum, jest obecnie bardzo przydatna do rozwiązania jednego z najtrudniejszych problemów, czyli obiecywanego w wyborach złagodzenia ustaw antyaborcyjnych. Każda taka ustawa zostanie zawetowana przez prezydenta Andrzeja Dudę, a opozycja nie ma dość głosów, by weto odrzucić.

A więc przez co najmniej dwa lata nic w tej sprawie się nie zdarzy, co narazi nowy rząd, a zwłaszcza Koalicję Obywatelską na zarzuty o niedotrzymywanie obietnic wyborczych. KO jest w szczególnie trudnej sytuacji, bo obiecując legalną aborcję do 12 tygodnia, dokonała czystki w swych szeregach, eliminując wszystkich, którzy się temu sprzeciwiają. Porzucenie tego tematu będzie dla wielu zdradą, porażką ustawową – dowodem braku sprawczości.

Tymczasem przy najbliższych wyborach samorządowych, a więc za pół roku, zgodnie z przeforsowaną przez PiS ustawą, można przeprowadzić referendum w tej sprawie, zadając trzy pytania: Czy jesteś za obecnymi rozwiązaniami? Czy jesteś za powrotem do tzw. kompromisu aborcyjnego (bo wyrok TK de facto ten kompromis zniszczył, nie zmieniając ustawy)? Czy jesteś za legalną aborcją do 12 tygodnia?

Posłowie szanujący konstytucję muszą zgodzić się z wynikiem referendum

Według badań 57 proc. społeczeństwa opowiada się twardo za tym trzecim rozwiązaniem. 25 proc. chce powrotu do kompromisu sprzed wyroku TK, a niewielka reszta dzieli się na tych, którzy nie mają zdania, i tych, którym odpowiadają obecne, drakońskie zakazy. Takie referendum jest więc najpewniejszą drogą do rozstrzygnięć zgodnych z obietnicami wyborczymi, zwłaszcza że prezydent nie może zawetować wyników referendum.

Referendum jest też niezmiernie ważne z punktu widzenia posłów katolików. Głosowanie za aborcją jest dla nich kwestią sumienia bardzo trudną do przełamania. Jednakże każdy z nich, zostając posłem, przysięga na konstytucję, która stwierdza, że rozstrzygnięcia referendalne są obowiązujące.

W takiej sytuacji każdy poseł szanujący konstytucję musi głosować za zwycięskim rozwiązaniem referendalnym, bo wiąże go przysięga poselska. Mówił o tym wprost w niedawnym wywiadzie Szymon Hołownia, że w kwestii ustawy proaborcyjnej nie będzie w klubie dyscypliny, natomiast w przypadku referendum podporządkuje się on jego wynikom i uważa, że tak samo powinien zrobić każdy inny poseł Trzeciej Drogi ze względu na konstytucję. Jest to ważna deklaracja wskazująca na realną i szybką ścieżkę rozwiązania problemu.

By przyspieszyć sprawę, można do pytań referendalnych dołączyć odpowiednie przepisy prawne, w tym gotowy tekst ustawy wprowadzający rozwiązanie obiecane wyborcom przez KO i Lewicę.

Czytaj więcej

In vitro symbolem dla nowej koalicji w Sejmie

Ponadto referendum aborcyjne przeprowadzone wraz z wyborami samorządowymi lub dwa miesiące później z wyborami europejskimi gwarantuje utrzymanie wysokiej frekwencji i oddaje decyzję w ręce prawdziwego suwerena – polskich obywateli. Stawia też w trudnej sytuacji PiS, który nieustannie powoływał się na suwerena, choć jego realne poparcie w społeczeństwie w 2019 roku wynosiło niespełna 27 proc. procent całego społeczeństwa (43,59 proc. poparcia przy frekwencji 61,74 proc.), a bezwzględna większość w parlamencie wynikała wyłącznie z zawiłości ordynacji wyborczej oraz niewprowadzenia do przydziału mandatów na okręgi wyników spisu powszechnego, co powodowało sprzeczną z konstytucyjnym wymaganiem nierównoważność głosów w różnych okręgach.

Wreszcie użycie połączenia referendum z wyborami byłoby tym razem niezmiernie niewygodne dla PiS, lecz zgodne z rozwiązaniem przez nich przeforsowanym. Anglicy nazywają to poetycką sprawiedliwością, co jest ładniejszą formą polskiego przysłowia: kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada.

Autor jest producentem filmowym, scenarzystą i publicystą

Polityka ma to do siebie, że różne rozwiązania, za które rządy są krytykowane przez opozycję, stają się nagle przydatnymi narzędziami w rękach tych, których miały pognębić. Tak właśnie się dzieje w wypadku mocno krytykowanego pomysłu PiS, by połączyć wybory z referendum. Pomysł był krytykowany głównie ze względu na idiotyczne pytania referendalne oraz fakt, że pochodzi wprost od Orbána, który dzięki takiemu pomysłowi wygrał wysoko wybory na Węgrzech. Tymczasem jest to rozwiązanie systemowo dobre, bo zwiększa frekwencję wyborczą i sprawia, że wybory są bardziej o coś niż tylko emocje. Oczywiście jeśli referendum zadaje pytania ważne, dotyczące realnych dylematów i wyzwań, a nie głupio stronnicze, na które nikt rozsądny nie może odpowiedzieć „tak”. W gruncie rzeczy miały one konstrukcję: Czy sąsiad nadal powinien bić żonę i to do krwi?

Pozostało 85% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Kup teraz
Publicystyka
Jacek Nizinkiewicz: Czy usłyszymy „Donald, niestety, Twój rząd obalą kobiety”?
Publicystyka
Estera Flieger: Jak lewica uprawia politykę historyczną
Publicystyka
PiS i Konfederacja podpinają się pod protest rolników. To dla nich polityczne złoto
Publicystyka
Premier Jonas Gahr Støre: Polska i Norwegia - europejscy partnerzy
Materiał Promocyjny
PR&Media Days 2024 - trendy i wyzwania
Publicystyka
Janusz Reiter: Zderzenie dyplomacji z polityką
Publicystyka
Jerzy Haszczyński: Lekcja z węgierskiego oporu wobec członkostwa Szwecji w NATO