Polemika z tekstem Łukasza Warzechy "Nowa definicja gwałtu według posłów Lewicy", który ukazał się w "Rzeczy o polityce" z 10 marca. Tekst można przeczytać tutaj.

Lewica zgłosiła projekt ustawy, który definiuje gwałt w sposób przejrzysty: to „kontakt seksualny bez uzyskanej świadomej i dobrowolnej zgody". Chodzi o zastosowanie zasady, iż „tylko tak oznacza zgodę". Obecnie kodeks karny definiuje gwałt jako czynność seksualną wymuszoną „przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem". O zmianę tej definicji zwracał się już RPO, a o tym, jak bardzo jest ona krzywdząca dla ofiar gwałtu, wie każdy prawnik, który kiedykolwiek stawał na sali sądowej w takiej sprawie. Bo to ofiara musi udowadniać winę sprawcy. I jak zdefiniować podstęp? Upicie piętnastolatki to gościnność czy oszustwo? Czy stwierdzenie: „o wszystkim dowiedzą się twoi znajomi", jest już groźbą czy tylko stwierdzeniem faktu? Długo można takie przykłady z sal sądowych przywoływać. Dlatego zgoda jest konieczna. I w kontaktach małżeńskich, i tych „na raz", kreowanych na portalach randkowych.

Wydawać by się mogło, że osoby o światopoglądzie konserwatywnym, ojcowie rodzin, stabilni emocjonalnie publicyści powinni to rozumieć. Powinni umieć postawić się w roli ofiary, tej wykorzystanej, zastraszonej, niepewnej siebie. Łukasz Warzecha na łamach środowej „Rzeczpospolitej" pisze tak: „Namiętność buzuje, puls przyspieszony, dwoje ludzi jest na progu pogrążenia się w rozkoszy. I oto on, nim zbliży usta do jej ust, zatrzymuje się, wyciąga z zanadrza starannie złożony wzór oświadczenia w dwóch egzemplarzach. Oboje biorą do ręki pióra i zaczynają wypełniać: „Ja, Julia Kapulet, w pełni świadomie i bez przymusu, wyrażam zgodę na kontakt seksualny (włączając stosunek płciowy) z Romeo Montekim". Data, Werona, podpis. A później, jak gdyby nigdy nic, oboje wracają na drogę namiętności... No nie. Tak się nie da". Nie wiem, jakie doświadczenia w tej sprawie ma redaktor Warzecha, ale ja chciałabym go zapewnić, że da się uprawiać seks za zgodą partnerki. Niekoniecznie wyrażonej na piśmie w dwóch egzemplarzach (nikomu nawet w żartach nie przyszłoby to do głowy, oprócz red. Warzechy).

Czy naprawdę tak trudno wyobrazić sobie mężczyźnie, że należy zapytać? I kolejne, jeszcze ważniejsze pytanie: dlaczego tak trudno to sobie wyobrazić?

Od wieków, co najmniej od czasów Romeo i Julii, żyjemy w kulturze gwałtu, obleśnych uśmieszków, złotych maksym o tym, że „nie znaczy tak" i że „sama chciała, bo była w krótkiej spódnicy". Kultura masowa nie pomaga – dowodem krucjata Artura Dziambora z Konfederacji w sprawie zbyt małego biustu króliczki Loli z kreskówki Warner Bros.

Czy Romeo zapytał Julię o zgodę? Czy traktował ją jak seksualny obiekt, którego wola jest nieistotna wobec ogromu jego romantycznych porywów? Czy Julia chciała seksu? To wynika z każdego jej słowa i gestu. Co szkodziłoby więc zapytać?

Tak naprawdę, chodzi po prostu o kolejny męski przywilej: to on decyduje o seksie, a ona ma się go słuchać, czy chce, czy nie. Bo w gruncie rzeczy ona ma być na to zawsze gotowa i czekać, aż on się zdecyduje. A jeśli ona wtedy nie będzie chciała? Cóż, niech się poświęci. Bo jak nie...