Wypisuje pan w sprawie katastrofy smoleńskiej dziesiątki interpelacji. Pana prawo, ale myśląc racjonalnie, to co rząd może zrobić? Rosjanie nie przekazują części dokumentów i już. MAK wydał swój raport i nie zamierza się z niczego wycofywać. Zgodzi się pan, że pole manewru jest niewielkie?

Jerzy Polaczek:

Rząd ocknął się, ale za późno. Dopiero teraz zaangażował renomowane międzynarodowe kancelarie prawne.

W jakim celu?

Badają, co można zrobić na gruncie prawnym z raportem Anodiny, jak i gdzie się odwołać, jak się przebić ze swoim stanowiskiem. Mówiąc wprost – jak wyjść z tego bagna. Raport MAK nie jest obiektywny. Przekazuje wyłącznie racje państwa rosyjskiego: niedoświadczeni piloci z pijanym generałem rozbili się we mgle na naszym „superlotnisku", choć nasi „superkontrolerzy" ich ostrzegali przed tragedią. Rząd Putina nie chce uznać, że część winy spada na nich.

No więc co ma robić nasz rząd?

Po raporcie MAK słyszeliśmy szumne zapowiedzi premiera Donalda Tuska i ministra Radosława Sikorskiego, że coś zrobią, będą dymisje. No i nic. Trzeba włączyć do sprawy Międzynarodową Organizację Lotnictwa Cywilnego (ICAO). Chodzi o ocenę rzetelności MAK. Rosyjska komisja wydała werdykt, choć nie udostępniła nam jednej trzeciej kluczowych dokumentów, które zgodnie z konwencją chicagowską powinniśmy dostać. Oficjalnie nie wiemy niemal nic o lotnisku, radarach, zasadach pracy kontrolerów, a wyrok już wydany. To jest największy prawnomiędzynarodowy skandal w historii badania katastrof lotniczych na świecie.

Może rząd chce się dobrze przygotować do reakcji? Ciągle trwają prace komisji Jerzego Millera.

Prace komisji Millera trwają, a tymczasem na stronie MAK wisi ich raport po angielsku i rosyjsku oraz polskie uwagi po polsku. Ciekawe, ilu światowych ekspertów lotniczych czyta po polsku? Nie wiem, jak będzie z odwołaniem do ICAO, bo MAK pisze w swoim raporcie, że załącznik 13. do konwencji jest traktowany roboczo. Czyli można skorzystać z procedury odwoławczej czy nie? Jak rozumiem, po to rząd angażuje renomowane kancelarie prawnicze. Moim zdaniem mszczą się błędy popełnione zaraz po katastrofie.

Czyli?

W 2010 roku wiele osób sugerowało, wnioskowało, żeby zaangażować instytucje europejskie odpowiedzialne za bezpieczeństwo lotów. W wielu moich interpelacjach do premiera Tuska przypominałem, że po 10 kwietnia Rada Ministrów nigdy nie miała w planie pracy kwestii podstawowej: dyskusji nad rekomendacją, jakiej użyć drogi prawnej dla rzetelnego zbadania katastrofy. Po prostu milcząco i całkowicie nieformalnie przyjęliśmy w tej kwestii stanowisko rosyjskie. Oczywiście nie mam pretensji o to, co się działo w ciągu 24 godzin po katastrofie. To był szok dla wszystkich, ale po tym czasie państwo powinno zacząć działać.

Nikt się poważnie nie zastanowił, jak najlepiej badać tę sprawę?

Przypominam, że służby rządowe podległe premierowi Tuskowi wysłały elitę państwa na niesprawdzony przez BOR „teren przygodny" Smoleńsk-Siewiernyj (tak w międzynarodowej klasyfikacji lotniczej definiuje się nieczynne lotnisko). Zginął prezydent, 15 posłów, dowódcy wojska. Jedna trzecia klasy politycznej Polski, a rząd nic.

Polska podniesie larum i Rosjanie coś zmienią w swojej ocenie?

Ma to znaczenie dla instytucji międzynarodowych i organizacji związanych z branżą lotniczą. Nasze stanowisko musi być znane w tych gremiach. W całej historii raportów MAK nigdy nie ma innej przyczyny niż błędy pilotów – to już problem międzynarodowy, który Polska ma obowiązek teraz podjąć. MAK jest instytucją, która certyfikuje sprzęt, urządzenia nawigacyjne, lotniska. To jest niebezpieczne.

Raport MAK nie jest obiektywny. Przekazuje wyłącznie racje państwa rosyjskiego. Rząd Putina nie chce uznać, że część winy spada na nich

My rozumieliśmy argumentację premiera tak: lepiej nie iść na udry, lepiej po cichu, spokojnie wyciągnąć od Rosjan to, co się da.

To jest niepoważne tłumaczenie. Tu nie chodzi o udry, ale o respektowanie prawa międzynarodowego i korzystanie z jego przepisów. Co dało to ciche działanie? Że wrak samolotu niszczał gdzieś pod płotem, że nie dali nam zapisów z czarnych skrzynek? Wszystko to rozniecało teorie spiskowe. Trzeba było słać noty dyplomatyczne. Szczerze mówiąc, mieliśmy do Moskwy tyle pytań i pretensji, że ambasador rosyjski nie powinien wychodzić z polskiego MSZ.

A jak było?

Edmund Klich, akredytowany przy MAK, przesłał do premiera pięć raportów o narastających naruszeniach procedur przez Rosjan. Mam odpowiedź od Jerzego Millera, że w 2010 roku premier i szef MSZ w sprawie naruszeń konwencji nie spotkali się z ambasadorem Rosji ani nie skierowali żadnej noty dyplomatycznej! Tylko zbiegiem okoliczności wyciągnięto od Rosjan zapisy z wieży. Dlaczego w czerwcu 2010 r. z dnia na dzień poszedł niepełny zapis z kokpitu i nie dołączono „taśm" tej wieży, gdzie zachowania były skandaliczne. One były w dyspozycji od kwietnia 2010 r. Dlaczego o tej treści dowiedzieliśmy się w tym roku? Kolejny przykład: jako poseł otrzymuję odpowiedź ministra spraw wewnętrznych: „Rząd nie posiada informacji, jaki jest skład ekspertów MAK badających katastrofę". Niebywałe.

W zeszłym roku, podczas wywiadu dla „Rzeczpospolitej", mówił pan gorzko o decyzji posłania prezydenckiego samolotu na marne lotnisko, braku zgrania załogi i doświadczenia w systemie szkolenia pilotów. Coś się zmieniło w pana ocenie?

Wówczas mówiłem o dowódcy 36. Pułku odpowiedzialnego za przewożenie VIP-ów. Ówczesny dowódca nie miał uprawnień do latania wielkimi tupolewami, był pilotem jaka-40. To tak jakby husarią dowodził facet siedzący na kucyku. Ta myśl została twórczo rozwinięta w 2010 r. przez ministra Klicha. Obecny dowódca 36. SPLT w ogóle nie ma uprawnień do latania samolotami odrzutowymi, a jego zastępca nawet nie jest pilotem.

Nowy dowódca 36. Pułku to oficer, któremu ufa minister. Jak rozumiemy, ma zaprowadzić porządek w pułku. Być menedżerem, a nie dżokejem.

Fajnie, ale taki model nie obowiązuje w żadnym cywilizowanym kraju. Nie ma takiej praktyki.

Łatwo krytykować. A pan kogo postawiłby na czele takiego pułku, skoro w Polsce tylko dwóch czy trzech lotników wojskowych ma uprawnienia do pilotowania Tu-154M?

To nie do końca tak. Wielu doświadczonych pilotów z pułku odeszło do cywila. Latają w renomowanych liniach lotniczych, mają stopnie wojskowe, ale są w rezerwie. W ubiegłym roku były propozycje, by niektóre z tych osób wróciły do czasu uporządkowania sytuacji w pułku. Nie skorzystano z niej. Rozumiem, że lepiej jest korzystać z „zaufanych oficerów", a ignorować ludzi łączących doświadczenie z wojskowego lotnictwa transportowego i ogromny staż w lotnictwie cywilnym.

Mówi pan propozycje: propozycje od kogo?

Nie mogę zdradzać szczegółów, ale takie propozycje kierowano do Dowództwa Sił Powietrznych i MON. Jeśli panowie pytają, co mnie bulwersuje rok po katastrofie, to awanse ludzi odpowiedzialnych za szkolenie w siłach powietrznych. Szef szkolenia został awansowany z Dowództwa Sił Powietrznych do Sztabu Generalnego. To kop w górę. Może dostanie jeszcze jedną gwiazdkę? Dowódca eskadry z 36. Pułku, który podpisał rozkaz wylotu tupolewa, awansował niedawno do Dowództwa Sił Powietrznych.

Sprawa lądowania jaka-40 10 kwietnia w Smoleńsku, kiedy pogoda była poniżej dopuszczalnych minimów, trafiła do prokuratury. Zdecydował o tym nowy dowódca Sił Powietrznych. Wcześniej komisja wojskowa, która badała sprawę, uznała, że wszystko było ok. Chyba jakieś wnioski zostały wyciągnięte?

Gratuluję optymizmu. Powtarzam od roku, że to, co się stało w Smoleńsku, to wynik działania złego systemu szkolenia i notorycznego przyzwolenia na łamanie procedur. Tu się niewiele zmienia. To, co robi minister Bogdan Klich, to zmierzanie do nowego Smoleńska.

Co pan ma na myśli?

Zawsze w jednostkach przewożących VIP-ów latają najbardziej doświadczeni piloci, a dowódcami są najlepsi z najlepszych. Tymczasem w 2008 r. zerwano w pułku ciągłość szkolenia i dowodzenia. Niestety, rok po tragedii jest tak samo jak przed tragedią. To obciąża szefa MON. Pytałem ministra, dlaczego zrobił dowódcą człowieka, który nie ma papierów na latanie odrzutowcami. Odpowiedział, że rozważa się wyszkolenie go na takie samoloty... To czekanie na kolejną katastrofę.

A pan co by zrobił na miejscu Klicha?

Nie jestem jego suflerem.

Rozwiązałby pan 36. Pułk?

Nie, ale sytuacja w jednostce wymaga radykalnych działań. Piloci muszą mieć uprawnienia pilotów maszyn cywilnych, być przeszkoleni także według procedur bezpieczeństwa obowiązujących w liniach pasażerskich.

Powinni latać według cywilnych procedur? Najważniejsi politycy w państwie się wściekną. Który minister będzie chciał słuchać: „Nie polecę, bo lotnisko jest nie takie", „Nie polecę, bo już dziś za długo jestem w pracy". Minister chce dolecieć, a żołnierz ma wykonać rozkaz. To wygodne.

Co innego wojskowa dyspozycyjność, a co innego procedury bezpieczeństwa. Te powinny być przestrzegane bezwzględnie. Obecnie VIP-ów wożą w większości załogi cywilne. Dlatego możemy sobie posłuchać krążących w LOT anegdotek, jak to ponoć minister Sikorski strofował ówczesnego marszałka Bronisława Komorowskiego podczas lotu cywilnym embraerem do Afganistanu w czerwcu 2010: „Bronek ty o tym... lepiej nic nie mów, bo się na tym nie znasz". Kiedy VIP-y były wożone przez wojsko, takie historyjki nie wyciekały.