„Dziennik Gazeta Prawna” wyliczył, że szef gabinetu zarabia około 8 tysięcy złotych brutto. A jego członkowie - między 3,6 a 4,7 tysiąca złotych brutto.
Mariusz Błaszczak na łamach "SE" zauważa, że gabinety polityczne są niepotrzebne:
Roczny koszt ich utrzymania w ministerstwach i samorządach to około pół miliona złotych. Przygotowaliśmy ustawę w tej sprawie, ale w poprzedniej kadencji projekt ugrzązł w komisji. Jak widać, rząd woli oszczędzać np. na pacjentach, a nie na sobie. Co więcej, zatrudniają w nich osoby, które nie mają doświadczenia na tego typu stanowiskach.
Marek Migalski powiedział:
Już to widzę, jak pan minister z uwagą wsłuchuje się w rady dwudziestolatka. A tak na serio, to jestem zdecydowanie za likwidacją gabinetów politycznych. Niestety, ten proceder obejmuje wszystkie szczeble administracji rządowej i samorządowej. Swoje gabinety mają wójtowie, burmistrzowie, marszałkowie województw i wojewodowie. Cel jest tylko jeden - zapewnienie ciepłych synekur dla ludzi związanych z partią rządzącą. (...) Oficjalnie mają służyć jako ciała doradcze. To fikcja. W praktyce pracownicy gabinetów bardzo rzadko spotykają się ze sobą i zazwyczaj są po prostu głupsi od osoby, której mają doradzać.
Jarosław Flis komentuje:
Przede wszystkim gabinet polityczny jest potrzebny politykowi i wszyscy ci, którzy twierdzą inaczej, są po prostu w błędzie. Każdemu ministrowi potrzebna jest grupa osób, która pilnuje realizacji pewnej misji, dla której każdy z członków Rady Ministrów jest powoływany, a którą mogą torpedować urzędnicy. Alternatywę dla gabinetów politycznych stanowi obsadzanie kluczowych stanowisk swoimi kolegami, czego chyba nikt z nas nie akceptuje.
Konkursy powinny być tylko na stanowiska urzędnicze czy kierownicze w administracji. Wśród członków gabinetów politycznych potrzeba ludzi zaufanych i o określonych predyspozycjach, które ocenia dany członek Rady Ministrów. Oczywiście, jest pokusa do nadużyć, ale to przejaw nie tyle zasady działania gabinetów politycznych, co choroby, która jest gdzie indziej, która wynika z dysfunkcji konkretnych polityków czy ugrupowań. Likwidacja objawów, niestety, nie zlikwiduje choroby.