Magdalena Środa jest prezentowana przez „Krytykę Polityczną” w stanie wręcz krystalicznie czystym. Począwszy od tezy lidu:

Kto decyduje o dominującej ideologii i słowniku, ten rządzi.

Zaskoczeni państwo jesteście początkiem? Na końcu dowiecie się jaki to autorytet:

Magdalena Środa – ur. 1957, filozofka, feministka, pełnomocniczka rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn w gabinecie Marka Belki, działaczka Kongresu Kobiet, uczestniczy w think-tanku Ruchu Palikota.

Ale wybitna postać frontu postępu pytana jest przez równie wybitnego Cezarego Michalskiego głównie o kontrowersyjnej Europejskiej Konwencji o zapobieganiu przemocy do którego Polska dodała zastrzeżenie, że artykuł 12 musi być interpretowany „zgodnie z konstytucją”:

Jestem zaniepokojona tym zastrzeżeniem. Nie sądzę, by minister Gowin traktował je jako ozdobnik. Zapewne to będzie jakaś dźwignia oporu przed ratyfikacją. Bo pamiętajmy, że podpisanie to krok wstępny, wyraz woli politycznej, stąd do ratyfikacji jeszcze niezmiernie daleko. Myślę, że zarówno w ministerstwie sprawiedliwości, jak i w nie mniej konserwatywnym ministerstwie pracy konstytuują się już ekipy prawicowych prawników i ich biskupich autorytetów, by do ratyfikacji nie dopuścić

Profesor Środa twierdzi też:

To kwestia męskich lęków przed podejrzeniem o homoseksualizm. Myślę, że to raczej jakiś osobisty problem ministra Gowina: wszędzie widzi gejów, którzy z jakichś powodów mu zagrażają. Jego rodzinie, każdej „normalnej” rodzinie w ogóle. To kwestia albo chwiejnej tożsamości seksualnej, albo potwornego lęku o hegemoniczną pozycję patriarchalnej tradycji („przyjdzie gej i ją obali”)

I podkreśla:

Dla mnie w konwencji najważniejsza jest właśnie ta warstwa, która tak niepokoi ministra Gowina i ministra Kosiniaka-Kamysza. Kwestia światopoglądowa (…) trzeba promować partnerstwo, odrzucać złą tradycję. Praca nad tym nie jest kosztowna, ale ma wielu przeciwników, którzy tak jak premier Tusk nie chcą żadnej rewolucji, a nowoczesność widzą w cyfryzacji, a nie w zmianie obyczajów i redefiniowaniu związków.

Utyskuje:

Pytam czasami studentów, jakie wartości cenią. I oni mechanicznie odpowiadają: „życie”. Na początku wydawało mi się dziwne, bo przecież w naszej tradycji (którą młodzież asymiluje dzięki XIX wiecznej polskiej szkole) nad „życie” przedkładano inne wartości: „niepodległość”, „wolność”, „wiarę”, „kulturę”. Dopytywałam więc, o jakie życie chodzi. O „poczęte” – odpowiadano.

Etyczka wywodzi także:

Dziś miejsce walk ekonomicznych czy militarnych zajęły walki ideologiczne, w pewnym sensie właśnie słownikowe. Kto decyduje o dominującej ideologii i finalnym słowniku, ten rządzi, nawet jeśli nie ma żadnych środków produkcji czy politycznej władzy. Bronią są takie słowa jak „zabójstwo dzieci” czy – z innej beczki – „zdrada”, „zaprzaństwo”, „antypolskość” Paradoksalnie te odmienne słowniki (antyaborcyjny i smoleński) pokrywają się. W każdym razie jeśli chodzi o użytkowników. Dominantą jest tu Kościół. PO natomiast nie posiada własnego słownika i zapewne dlatego tak silnie przywiązana jest do Gowina, który mówi językiem Kościoła, czyli językiem dominującym. I nie widzę szans na wygaśnięcie tej dominacji, choć Janusz Czapiński uspokaja, mówiąc, że to tylko powierzchnia, i że w głębi toczą się żywe procesy laicyzacji społeczeństwa. Ja się jednak obawiam, że nawet jeśli przetoczy się przez Polskę bardzo zaawansowana laicyzacja praktyczna, te deklaracje pozostaną.

Obawiam się, że jedynie z pointą rozmowymożemy się zgodzić:

Wszystko stoi dziś na głowie. Nie wiem, jak stanąć na nogach i obudzić się z tego koszmaru.

My też nie.