Obserwowanie tegorocznej kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego w sieci to doświadczenie podobne do tego, jakie się ma po zażyciu LSD (a przynajmniej tak to sobie wyobrażam). Włączasz Twittera, wrzucasz YouTube'a, Facebooka i ... odpływasz.
Nagle jesteś w innym świecie. Pozornie przypomina on świat rzeczywisty, lecz pojawiające się co chwila fantastyczne zjawy uświadamiają Cię, że tkwisz w alternatywnej czasoprzestrzeni. Nie obowiązują tu zasady logiki, rzeczywistość jest tu zniekształcona, dźwięki upiorne i przerażające, obrazy wykrzywione i surrealistyczne.
Klik - i po krzakach czają się byli ministrowie, łypiąc na Ciebie sugestywnym spojrzeniem. Klik - mijasz Żubry przebrane za byłych posłów.
Klik - i żubr, zwany teraz Profesorem Karskim, pląsa z czirliderkami w rytm dziwnie znajomo brzmiącej, psychodelicznej piosenki.
Klikasz dalej - i schodzisz niżej; i niczym Dante - tyle że bez Wergiliusza, który by Ci to wszystko objaśnił - zapuszczasz się w coraz dalsze kręgi fantastycznej krainy, w coraz mętniejsze odmęty. I widzisz młode, martwe dusze śpiewające pieśń pochwalną dawno zapomnianej zjawie, 68-letniej minister edukacji, którą - przywołując ducha Marka Grechuty - nazywają "Swoją Damą".
I myślisz sobie - za co? Za jakie grzechy cierpią te dusze? Co mogę zrobić, by tu nie trafić? Ale Wergilego nie ma i nikt nawet nie ostrzegał przed wejściem by "porzucić wszelką nadzieję".
Masz już dość tej psychodelii - chcesz uciec, jest ci duszno. I kiedy myślisz, że zostaniesz tu już na zawsze, że ten koszmar nigdy się nie kończy, wtedy przychodzi na ratunek ktoś ze świata rzeczywistego. I oblewa twą rozpaloną głowę kubłem zimnej wody. "Nareszcie!" - myślisz. Ale to nie ratunek, tylko okrutny żart piekielnego Matriksa. Twoim "wybawcą" okazuje się bowiem Ryszard Kalisz, z ust którego sączą się nieregularnym, niepokojącym rytmem znajome, lecz niezrozumiałe słowa jakiejś mantry, która swą kulminację znajduje w wyrazie "Karta Praw Podstawowych".
Więcej... więcej...więcej! - powtarza upiorny głos, a nie zważając na twoje błaganie, by przestał.
W końcu - po kolejnych trwających trzydzieści wieczności trzydziestu sekundach - następuje upragniony "zjazd". I mówisz sobie, odzyskując przytomność: "nigdy więcej... nigdy więcej... nigdy więcej". To ja już wole LSD.