W rzeczywistości stawka dla Kremla jest jednak o wiele większa niż dla Warszawy. Zwycięstwo Związku Radzieckiego nad hitlerowskimi Niemcami to mit założycielski imperialnych ambicji Władimira Putina. Ma uzasadnić, dlaczego należy odtworzyć w granicach ZSRR mocarstwo, które uratowało Europę przed całkowitą zagładą z rąk nazistów.

Obecność kanclerz Niemiec, prezydenta Francji czy premiera Wielkiej Brytanii na paradzie na placu Czerwonym z okazji 60. i 65. rocznicy końca wojny nie tylko wzmacniała ideologiczną kampanię Putina. Mogła także sugerować, że przywódcy zachodniej Europy przyjmują narrację rosyjskiego prezydenta, a więc także dostrzegają argumenty na rzecz odbudowy Związku Radzieckiego.

Z tej perspektywy brak 9 maja przed murami Kremla Angeli Merkel, François Hollande'a i Davida Camerona to dla Putina znacznie więcej niż dyplomatyczny afront. Oznacza, że ukraiński kryzys zjednoczył najważniejsze europejskie państwa przeciwko agresywnej polityce Rosji. Moskwie nie udało się z tej grupy nawet wyrwać Włoch i Hiszpanii, dwóch krajów, które do tej pory przyjmowały raczej neutralne, a czasem nawet przychylne, wobec Kremla stanowisko. Zaproszenie na 9 maja przyjęły na razie tylko takie kraje Unii, jak Cypr, Bułgaria czy Czechy. Znaczą one zbyt mało, aby Putin nie tylko mógł otrąbić sukces 9 maja, ale także aby przeforsował w Brukseli zniesienie sankcji.

Kancelaria Prezydenta RP nie chce na razie mówić, kto przyjedzie 8 maja na Westerplatte, choć twierdzi, że „lista gości zapowiada się imponująco". Ale Polsce taki ewentualny sukces już jest mniej potrzebny, bo mitów historycznych budować nie musi. Wystarczy jej historyczna prawda.