W ciągu minionych dwóch tygodni mieliśmy pięć świąt ustawowo wolnych od pracy, cztery dni weekendów i tylko pięć dni roboczych. Układ dni wolnych był wspaniały, bo pozwalał na wygospodarowanie długich wakacji niewielkim kosztem urlopowym, czyli stworzenie mostu: wystarczyło siedem dni urlopu, by uzyskać aż osiemnaście dni wolnego. Nie ma co się oszukiwać, gospodarka niemal stanęła w miejscu.
Skąd wziął się tak długi wypoczynek? No cóż, w pewnej mierze to nie nasz wybór. Obyczaj obchodzenia Bożego Narodzenia akurat 25 grudnia powstał 1700 lat temu za rządów cesarza Konstantyna Wielkiego, który połączył w ten sposób nowe święto chrześcijańskie z tradycyjnym pogańskim. Wolny od pracy drugi dzień Świąt dodaliśmy w Polsce sami sto lat temu, choć trzeba przyznać, że podobnie jest w większości krajów europejskich (ale nie w USA). Za wprowadzenie 1 stycznia jako Nowego Roku również odpowiadają starożytni Rzymianie (od 1 stycznia władzę obejmowali nowi konsulowie, więc data ta została wybrana przez Juliusza Cezara przy jego reformie kalendarza). Święto Trzech Króli (niezbyt ważne z religijnego punktu widzenia) stało się w Polsce ponownie dniem wolnym od pracy w 2010 r., po intensywnej kampanii prowadzonej przez Jerzego Kropiwnickiego. Natomiast za wolną Wigilię (obowiązującą tylko w nielicznych krajach) odpowiada głównie obecna szefowa resortu pracy, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. O ile się nie pomyliłem w obliczeniach, staliśmy się, obok Słowacji, krajem o największym zagęszczeniu dni ustawowo wolnych od pracy pomiędzy 24 grudnia i 6 stycznia w Europie. Podobnie długo świętują również Rosjanie, którym dobry car Putin pozwolił na obchodzenie i świąt komunistycznych, i prawosławnych, a Nowego Roku i według kalendarza juliańskiego, i gregoriańskiego.
Kiedy dochodzi do takiej sytuacji, człowiek ma mieszane uczucia. Z jednej strony to oczywiście wspaniale, że okres świąteczny daje okazję do wypoczynku. Z drugiej strony, zamknięcie gospodarki na tak długi czas to jednak również olbrzymi koszt, mierzony produkcją, której nie wytworzyliśmy i dochodem, którego nie wypracowaliśmy, a koniec końców także wzrostem przeciętnego kosztu pracy (który, nota bene, wyrażony w euro w ciągu ostatniego pięciolecia rósł w Polsce najszybciej w całej Unii). Zwolennicy wprowadzania kolejnych dni wolnych, ze sztandarowym projektem czterodniowego tygodnia pracy na czele, twierdzą, że wypoczęci ludzie lepiej i produktywniej pracują, więc wyższy koszt pracy szybko się zwraca. Bez wątpienia jest w tym nieco racji, ale z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę fakt, że nie mówimy tylko o indywidualnym wypoczynku, ale o praktycznym sparaliżowaniu na dwa tygodnie gospodarki.
Ważniejszym argumentem jest pewnie to, że wraz ze wzrostem dochodów ludzie coraz bardziej cenią sobie czas wolny, nawet gdyby miało to oznaczać nieco niższy dochód. W Wielkiej Brytanii przeciętna długość czasu pracy obniżyła się z 67 godzin tygodniowo na szczycie „dzikiego kapitalizmu” dwa wieki temu, do 46 godzin wiek temu i 30 godzin obecnie. Polacy nadal należą do najdłużej pracujących w OECD (przeciętnie blisko 35 godzin), choć i u nas czas ten obniżył się o godzinę w ciągu minionej dekady.
Nie żałuję nikomu wolnego czasu i odpoczynku. Ale mam dwie uwagi. Po pierwsze, przesadne mnożenie świąt w tym samym okresie jest mało efektywne: ludziom wcale nie daje znacznie więcej odpoczynku, a paraliżuje gospodarkę. I po drugie: więcej czasu wolnego oznacza wolniejszy wzrost dochodów. I niech nikt nie oszukuje twierdząc, że jest inaczej.