Amerykański prezydent z jednej strony deklaruje, że chce światowego pokoju. Z drugiej ponownie grozi zajęciem Grenlandii i po raz kolejny dokonuje zbrojnej interwencji na terenie suwerennego kraju. Po Iranie i Nigerii – Wenezuela. Ta ostatnia geograficznie leży przynajmniej w sferze zakreślonej przez doktrynę Monroe'a. Ale Iran? Nigeria? Izrael? Albo Indochiny, gdzie rzekomo zakończył konflikt zbrojny? To doktryna Monroe'a w wersji poszerzonej, globalnej rzec można.
Gdzie tu więc konsekwencja? Ano jest, tylko nieco głębiej. Odpowiedź można znaleźć w Narodowej Strategii Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, której filarem wcale nie jest doktryna Monroe'a 2.0, a coś zupełnie innego, deklaracja o regule power politics, która staje się podstawą amerykańskiej polityki. To zasada prawa użycia siły wszędzie, gdzie będzie tego wymagał interes Stanów Zjednoczonych. Osławione „strefy wpływów”, na których komentowanie wylano morze atramentu, są niczym innym, jak politycznym wnioskiem z zasady power politics. I co najważniejsze – mają bardzo płynne granice. Trochę tak, jakby Trump ogłaszał światu: tyle waszych stref wpływów, ile sobie wywalczycie. Ile zagarniecie. Reszta jest nasza. Ma to szczególnie ważne znaczenie dla relacji między walczącymi Rosją i Ukrainą.