Kobieta nie wskazuje, kto był sprawcą gwałtu, a gazeta nie ujawnia jej personaliów. - Uważam, że to, czego doświadczyłam, było napaścią seksualną ponieważ on (sprawca - red.) dopuszczał się lub próbował się dopuścić aktów seksualnych na mnie w czasie, kiedy byłam silnie odurzona i nie byłam w stanie wyrazić zgody (na seks) - powiedziała domniemana ofiara gwałtu.

Kobieta podkreśliła, że do gwałtu nie doszło w budynku parlamentu.

Wcześniej dwie pracownice Liberalnej Partii Australii poinformowały media, że zostały zgwałcone przez tego samego pracownika partii w 2019 i 2020 roku.

Żadna z nich nie złożyła jeszcze doniesienia na policję o gwałcie, ale Brittany Higgins, jedna z domniemanych ofiar, która miała zostać zgwałcona na terenie parlamentu, zapowiedziała, że wkrótce to zrobi. 

W związku z doniesieniami o gwałtach w Australii ruszyło niezależne postępowanie ws. kultury w miejscu pracy w parlamencie - poinformował w poniedziałek rząd.

Za postępowanie to jest odpowiedzialny minister finansów Simon Birmingham, który oświadczył, że chce, aby było ono bezstronne.

- Chcę całkowitej niezależności - powiedział na antenie radia Australian Broadcasting Corp.

Liberalna Partia Australii jest krytykowana za to, w jaki sposób potraktowała sprawę Higgins, pracującej w biurze obecnej szefowej resortu obrony, Lindy Reynolds.

Higgins twierdziła, że czuła presję, by nie składać doniesienia na policję ws. gwałtu i obawiała się, że jeśli to zrobi może stracić pracę.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Reynolds w ubiegłym tygodniu przeprosiła Higgins, ale zaprzeczyła, jakoby ktokolwiek wywierał na kobiecie presję w tej sprawie.

Premier Morrison zapewnił, że o gwałcie, do którego miało dojść w parlamencie dowiedział się dopiero w ubiegłym tygodniu.