Prawo i Sprawiedliwość w ramach ustawy covidowej zgłosiło – i wycofało – wprowadzenie przepisu mającego gwarantować bezkarność urzędnikom, którzy podejmą nielegalne działania w interesie społecznym. Oponenci przywołują przepis kodeksu karnego mówiący o stanie wyższej konieczności, który można wykorzystać w nadzwyczajnych sytuacjach. Czy więc taki przepis jest potrzebny?

Obecny art. 26 kodeksu karnego, który rzeczywiście odnosi się do działania stanu wyższej konieczności, nie ma zastosowania do urzędników państwowych. A to oznacza, że żaden z nich nie może się na niego powoływać. Urzędnicy mają swoje procedury i nic ich nie zwalnia z ich przestrzegania. Zresztą ten przepis o stanie wyższej konieczności jest niezmiernie rzadko stosowany przez sądy.

Dlaczego?

Z uwagi na wpisane w nim kryteria. Mówi się w nim np., że dobro poświęcone musi przedstawiać niższą wartość niż dobro ratowane. A to jest niezmiernie trudne do oceny. Weźmy np. przedsiębiorcę, który nie płaci podatku, by ratować własną firmę. Czy działa on w stanie wyższej konieczności? To są sprawy nierozstrzygalne.

Czyli może nowy przepis kierowany do urzędników jest jednak potrzebny?

Na to pytanie niech odpowiedzą urzędnicy, w interesie których ma się pojawić. Dla mnie ta propozycja jest kuriozalna. Władza chce sobie uchwalić przepis, który ją uniewinni od potencjalnie przestępczego działania. To legislacyjne kuriozum i inaczej tego nazwać nie można. Nie dziwię się więc, że budzi tyle kontrowersji.

Czytaj także:

Robert Gwiazdowski: Bezkarność plus

I te kontrowersje sprawiły, że autorzy – posłowie PiS – zanim wycofali projekt, po środowej burzliwej debacie zdecydowali się poprawić ten głośny ostatnio przepis. Czy po poprawkach nadal jest on nie do obrony?

Autopromocja
Rozlicz PIT z "Rzeczpospolitą"

W łatwy i wygodny sposób wypełnij zeznanie podatkowe

Pobierz za darmo

Te poprawki niewiele wnoszą. Jedynie lekko zawężają jego stosowanie do działań klasycznie urzędniczych. Pojawia się też w poprawce kwestia proporcji dobra poświęconego do dobra ratowanego, żywcem przeniesiona z artykułu regulującego stan wyższej konieczności.

To może pocieszające jest jednak to, że autorzy chcieli jakoś zawęzić stosowanie tego przepisu, zanim się z niego wycofali?

Mnie to w najmniejszym stopniu nie pociesza. Taki przepis, stosowany wobec urzędników państwowych, nie ma prawa istnieć.

Doczekał się on już nawet ironicznej nazwy. Krytycy mówią o nim „bezkarność plus".

Ironicznej, ale prawdziwej, bo oznacza dokładnie to, czym w istocie jest.

Nie jest tajemnicą, że jest, jak wielu twierdzi, pisany dla kilku dzisiejszych urzędników – ministrów, którzy z czasem mogą mieć kłopoty z odpowiedzialnością za decyzje podejmowane w czasie pandemii.

Nawet jeśli tak jest, to może się okazać, że będzie niemożliwy do zastosowania. I nie myślę tu o tym, że nie obejmie owych urzędników, bo jak wiemy, ma działać wstecz. Chodzi o to, że np. w przypadku wicepremiera Sasina niezmiernie trudne może być udowodnienie, które z dóbr chronionych przez ministra było ważniejsze: kondycja finansowa podległej mu Poczty Polskiej i stosowne procedury gospodarowania majątkiem spółki czy organizacja wyborów.

To są sprawy nie do rozstrzygnięcia. Wprowadzanie takich przepisów psuje prawo.