Czy wiatr zmian wieje z Krakowa?

Nie, ponieważ w Krakowie wieje wiatr Łukasza Gibały, który na razie nie jest związany z żadną partią. I coś mi mówi, że przed przyszłorocznymi wyborami nie będzie otwarcie popierał żadnej partii.

Co wynik wyborów krakowskich mówi o sytuacji politycznej w Polsce?

Nie można go bezpośrednio przełożyć na scenę ogólnopolską z prostego powodu, który nazywa się Łukasz Gibała. Nie ma w Polsce podobnego przypadku zdeterminowanego milionera, który chciał zostać prezydentem dużego miasta, drugiego co do wielkości w Polsce. To zaburza nieco generalny obraz. Przyjmując korektę związaną z Gibałą, można powiedzieć tak: jest to na pewno porażka Donalda Tuska i Koalicji Obywatelskiej. Po latach rządów Jacka Majchrowskiego udało się w 2024 r. zdobyć Kraków dla Koalicji Obywatelskiej. Nie minęły jednak dwa lata i Kraków został stracony przez czołowego działacza małopolskiej KO, pana Aleksandra Miszalskiego. Nie udało się tego odwrócić, czyli Kraków został ponownie stracony przez Koalicję.

Klęska tylko KO?

Nie jest to całkowita klęska. Z prostego powodu: to, co stało się w Krakowie, jest jeszcze większą klęską prawicy.

Foto: PAP

W tej chwili prawica teoretycznie mogła wykorzystać sytuację z Miszalskim, żeby zdobyć Kraków dla siebie. Tę szansę koncertowo stracono, do tego stopnia, że nie zdołano wprowadzić nikogo do drugiej tury. Najpierw ujawniły się kompletna wewnętrzna inercja i skonfliktowanie Konfederacji. Poległ jej kandydat, pan Bocheński, który nie zdołał nawet się zarejestrować. Później w pierwszej turze poległ kandydat PiS, który uzyskał gorszy wynik niż dwa lata wcześniej pan Kmita. Widać więc, że PiS również zmarnował swoją szansę. Nie chcę już nawet mówić o beznadziejnym wyniku kandydatów Korony Konfederacji Polskiej. Można zatem powiedzieć, że to, co stało się w Krakowie, jest porażką Koalicji Obywatelskiej, ale też klęską polskiej prawicy w jej różnych odmianach.

Ale to jest porażka całej koalicji 15 października, bo również PSL popierało panią Piątkowską?

Tak, tylko powiedzmy sobie jasno: PSL w Krakowie, podobnie jak we wszystkich innych dużych polskich miastach, nie liczy się. Nowa Lewica miała swoją kandydatkę. Również poniosła porażkę, tyle że w rywalizacji z Partią Razem. Wynik pani Aleksandry Owcy jest wyraźnie lepszy od wyniku pani Darii Gosek-Popiołek. Na krakowskim odcinku jest to upokorzenie dla Włodzimierza Czarzastego.

Czytaj więcej

Jedna lista koalicji planem Tuska na utrzymanie władzy. Mniejsze partie przed wyborem

Czarzasty chciałby wspólnej listy z partią Razem. Czy to możliwe?

Po ostatniej wymianie ciosów w Sejmie między panią ministrą Agnieszką Dziemianowicz-Bąk a panem Adrianem Zandbergiem będzie to bardzo trudne. Wymiana ta wykraczała poza normalną polemikę polityczną. Był to atak personalny pani Dziemianowicz-Bąk na Razem i bezpośrednio na Zandberga. Daję najwyżej 10 proc. szans na to, że się dogadają.

Myślę, że Czarzasty skorzysta z oferty Tuska i będzie próbował się z nim porozumieć, bo najbardziej zależy mu na tym, żeby jak najdłużej pozostać w fotelu marszałka Sejmu. Mogę sobie wyobrazić, że Czarzasty przełamie opory w Nowej Lewicy, gdzie ma dominującą pozycję, i zgodzi się na jedną listę w zamian za obietnicę, że w następnym Sejmie wielka koalicja obywatelsko-lewicowa będzie miała większość i mógłby uzyskać zapewnienie, że nadal będzie marszałkiem Sejmu.

Koalicja z Razem oznaczałaby walkę o podmiotowość Lewicy. Myślę, że Czarzasty nie jest już tą podmiotowością zainteresowany, choć oczywiście się do tego nie przyzna. Chce do końca odcinać kupony.

Los lewicy określi partia Razem. Uważam, że przyszłość lewicy jest w rękach Razem, a nie Nowej Lewicy. Nowa Lewica w dużym stopniu dała się zwasalizować partii Tuska. Nawet jeżeli ostatecznie nie zrealizuje się scenariusz, o którym mówię, i nie powstanie wspólna lista Czarzastego i Tuska, wasalizację tę bardzo wyraźnie widać w polityce rządu Donalda Tuska.

Czytaj więcej

Kandydatka KO zbyt mało znana w Krakowie. Minister o wyborach: Trochę ją poznali w kampanii

Czy wybory w Krakowie były do wygrania dla KO?

Teoretycznie tak. Byłoby to bardzo trudne, ale należało postawić nie na działaczkę KO, lecz na tak zwaną znaną, zaprzyjaźnioną osobę.

Jednym z możliwych kierunków było postawienie na przedsiębiorcę, na przykład Rafała Sonika, znanego krakowskiego przedsiębiorcę, który przez moment chyba był tym zainteresowany. Mógłby przedstawić się jako menedżer mający doświadczenie porównywalne z doświadczeniem Gibały, ale bez różnych jego uwikłań.

Drugą opcją mógłby być któryś z autorytetów krakowskich uczelni, osoba znana ze świata akademickiego, ale niezwiązana z działalnością partyjną KO. Nie wiem, czy taka osoba wygrałaby z Gibałą, ale miałaby nieporównanie większe szanse niż pani Piątkowska.

Tusk już na samym początku kampanii złożył pani Piątkowskiej pocałunek śmierci, rekomendując ją nie w Krakowie, lecz w gmachu Kancelarii Premiera. To był szkolny błąd. Był to przejaw ostentacyjnego zlekceważenia znaczenia wyborów w Krakowie. Miałem wrażenie, że Tusk mówił: „Róbcie, co chcecie. Mam to w nosie. Wygra, to wygra, a jak nie, to niech spada na drzewo”. Nie wiem, z czego wynikała ta arogancja, ale nie wierzę, żeby tak doświadczony polityk nie zdawał sobie sprawy z tego, jak katastrofalnie zostanie odebrane w Krakowie rekomendowanie kandydatki w Warszawie.

A PSL zgodzi się na wspólną listę?

Nie mam pewności, czy się zgodzi. Ludowcy byli już kiedyś w sytuacji, w której rozważali wspólną listę, ale ostatecznie zrezygnowali, gdy Lewica porozumiała się z PO. Wtedy powiedziano, że nie można powtarzać historii z „tęczowym Władkiem”.

Tylko raz wszystkie ugrupowania tworzące koalicję rządową wystartowały razem w wyborach. Była to tak zwana Koalicja Europejska w 2019 r. W jej skład wchodziły Lewica, PSL i oczywiście Platforma Obywatelska. Uznano później, że był to błąd, między innymi za sprawą Wiosny Biedronia. Koalicja Europejska przegrała wówczas minimalnie z PiS. Uznano więc, że nie należy iść tą drogą. Ludowcy mają czas do wiosny, żeby podjąć decyzję: idą z Tuskiem czy osobno.

Czytaj więcej

Wspólna lista koalicji rządzącej? Polacy są niemal równo podzieleni

Czy Łukasz Gibała może w ciągu dwóch lat umocnić swoją pozycję i stać się faworytem kolejnych wyborów?

Tak, Łukasz Gibała może wykonać ruchy, które sprawią, że za dwa lata będzie faworytem do zwycięstwa. Może też skompromitować się w ciągu tych dwóch lat tak bardzo, że jego sen o dłuższej prezydenturze okaże się tylko snem. Wiem jedno: ma bardzo negatywną legendę człowieka niezwykle bogatego, powiązanego rodzinnie z przemysłem deweloperskim, ponieważ jego brat jest deweloperem. Deweloperzy są w Krakowie uważani za główne zagrożenie przez bardzo dużą część mieszkańców. Zobaczymy więc, jak Gibała będzie prowadził swoją politykę. Dwa lata to moim zdaniem wystarczająco dużo czasu, żeby poznać jego prawdziwe zamiary. Mieszkańcy Krakowa dowiedzą się, kim jest Łukasz Gibała i czy rzeczywiście jest fanem Krakowa, czy też człowiekiem, który chce pomnożyć rodzinny majątek, już teraz bardzo znaczący w tym mieście.

Dzisiaj nie wiemy, którą drogą pójdzie Łukasz Gibała.

Czy krakowskie wybory pokazują, że możliwa jest konsolidacja prawicy?

Wierzę w konsolidację prawicy wyłącznie na poziomie paktu senackiego, który być może uda się z mozołem wynegocjować prezydentowi Nawrockiemu. Będzie to dla niego pierwszy prawdziwy egzamin z polityki partyjnej. Utrzymywał, że jest bezpartyjny i że był jedynie kandydatem obywatelskim popieranym przez PiS. Teraz będzie musiał to przełożyć na praktykę, jeśli rzeczywiście chce odgrywać istotną rolę w Polsce i walczyć o władzę. Będzie musiał patronować realnemu paktowi prawicy. A na razie wygląda to fatalnie, ponieważ jego ministrowie zerwali rozmowy z Braunem, pokazując mu czarną polewkę. Braun ogłosił, że będzie wystawiał własnych kandydatów.

Pakt senacki prawicy bez Brauna nie ma większego sensu. Jeżeli Braun rzeczywiście ma około 10 proc. poparcia, to tych głosów zabraknie kandydatom prawicowego paktu senackiego w jednomandatowych okręgach wyborczych, by pokonać kandydatów drugiej strony, która już dwukrotnie wygrywała wybory do Senatu. Nie wykluczam, że Karol Nawrocki po cichu pogodzi się z Braunem. Wszystko rozstrzygnie się wiosną przyszłego roku.

Jeśli chodzi o pozostałe ugrupowania na prawicy, myślę, że się dogadają. Największy problem będzie między ugrupowaniem Rozwój Plus a PiS, ponieważ ich przedstawiciele coraz mocniej się atakują.

Nie wykluczam więc, że w ogóle nie powstanie żaden prawicowy pakt senacki. Nie wyklucza to jednak koalicji po wyborach. Twierdzę, że jeżeli ugrupowania od Rozwoju Plus po Koronę będą łącznie miały matematyczną większość w następnym Sejmie, to jakiś prawicowy rząd zostanie powołany. Jeśli nie w pierwszym konstytucyjnym kroku, to w trzecim, kiedy nie jest wymagana bezwzględna większość.

Nawrocki stanie na przysłowiowym jednym palcu prawej ręki, żeby doprowadzić do powstania prawicowego rządu. Utrzymanie się Tuska przy władzy byłoby dla niego całkowitą katastrofą.

Czytaj więcej

Będzie powtórka z paktu senackiego. KO chce też jednej listy do Sejmu

Grzegorz Braun ludzi prezydenta nazwał szmaciarzami. Braun Kancelarię Prezydenta RP nazwał „szmaciarzami” i „Judenratem”. Czy na pewno jest przewidywalny i akceptowalny dla prezydenta?

Sam Grzegorz Braun jest niestrawny dla Karola Nawrockiego, ale zobaczymy, jakich posłów będzie miał jego ruch. Jeżeli rzeczywiście uzyskałby klub liczący około 40 posłów, to byłaby to znacząca siła. Zobaczymy, na ile będą oni wiernymi sojusznikami Brauna. Może się okazać, że dojdzie do rozłamu. Mamy historię Samoobrony, podobnie było z Ruchem Palikota i Nowoczesną. Siła przyciągania prawicowej koalicji prezydenta Nawrockiego może być bardzo duża. Można sobie więc wyobrazić udział Korony Brauna w przyszłej koalicji rządowej bez samego Brauna.

Konrad Berkowicz obraził dziennikarkę Justynę Dobrosz-Oracz. Nikt z Konfederacji go nie skrytykował. Czy to oznaka radykalizacji tej formacji? Jak takie zachowania mogą wpłynąć na sytuację polityczną?

Spodziewam się kolejnych etapów zdziczenia obyczajów przed kampanią wyborczą. Myślę, że za chwilę nikt nie będzie już zwracał uwagi na takie wypowiedzi. Nie dziwi mnie szczególnie, że nie było większej reakcji. Spodziewam się znacznie ostrzejszych słów niż te, które dotąd słyszeliśmy i częstszego ich używania. Spodziewam się eksplozji wulgaryzmów i najbardziej absurdalnych oskarżeń w trakcie tej kampanii. Obawiam się, że może to być kampania, w której niektórzy przejdą od słów do rękoczynów. Chodziłoby o podgrzanie atmosfery i zmobilizowanie własnych elektoratów.

Czytaj więcej

Tajemnicze spotkanie z Trumpem. I rozgrywka PiS, która może uderzyć w nasze relacje z USA

W polskiej polityce atmosfera jest bardzo podgrzana. Prawica uważa, że Donald Tusk wykorzystuje kwestie bezpieczeństwa, żeby się wzmocnić.

Zgadzam się z prawicą, iż Donald Tusk gra efektem flagi. Uważa go za jedno z narzędzi wygrania wyborów. To jednak bardzo ryzykowna gra. Efekt flagi może skonsolidować wokół rządu wahających się obywateli. Jest jednak jeden problem, który może wystąpić w ostatnich tygodniach kampanii, kiedy Karol Nawrocki, otwarcie zaangażuje się w kampanię wyborczą. Może wówczas powiedzieć wahającym się Polakom: „Słuchajcie, moja kadencja trwa do połowy 2030 r. Jeśli chcecie mieć skonsolidowaną władzę wykonawczą, głosujcie na prawicę, bo ja się z nią dogadam i nie będzie awantur. W przeciwnym razie będziemy mieli rozbitą egzekutywę, a z Tuskiem będę musiał dalej wojować”. Część wyborców może w efekcie tak zmodyfikowanego efektu flagi przerzucić swoje głosy właśnie na prawicę. W tym sensie gra Tuska jest bardzo niebezpieczna.

Wiele będzie zależało od tego, czy premier w pewnym momencie nie przeszarżuje. Sugeruje, że w ciągu kilku miesięcy może dojść do jakiegoś przesilenia: albo Putin nas zaatakuje, albo wydarzy się coś podobnego. Jeżeli przez rok nic takiego się nie wydarzy i będziemy mieli jedynie wojnę hybrydową, która trwa z mniej więcej takim nasileniem jak obecnie, część wyborców może uznać, że Tusk ich straszył, a tymczasem wszystko wygląda tak samo jak rok wcześniej. To bardzo ryzykowna gra premiera.

Uważam, że Tusk nie utrzyma się przy władzy po przyszłorocznych wyborach. Chciałem się nawet z premierem o to założyć, ale nie przyjął zakładu, z mojej strony propozycja pozostaje aktualna. Daję Tuskowi około 40 proc. szans, a 60 proc. na to, że straci władzę po przyszłorocznych wyborach. Trzeba bowiem odróżnić wygranie wyborów od utrzymania się przy władzy.

Tusk jest dziś, w świetle sondaży, na prostej drodze do realizacji scenariusza, który prezes Kaczyński zrealizował w 2023 r.: zwycięstwo partii w wyborach i utrata władzy przez tę partię z powodu niezdolności zbudowania koalicji z kimkolwiek w Sejmie. Będzie miał przeciwko sobie prezydenta znacznie aktywniejszego niż Andrzej Duda.

PiS był w lepszej sytuacji, ponieważ mógł prowadzić podobną rozgrywkę z trzecim rządem Mateusza Morawieckiego. Dzisiaj Tusk będzie miał przeciwko sobie prezydenta, a stworzenie kolejnego rządu będzie dla niego naprawdę trudne. Nawet gdyby obecna koalicja miała matematyczną większość, Karol Nawrocki mógłby powiedzieć: „Owszem, wręczę nominację na premiera kandydatowi tej koalicji, skoro ma większość, ale nie będzie nim Donald Tusk”. Mógłby odmówić podpisania nominacji dla Tuska. Można oskarżać prezydenta o złamanie konstytucji i zapowiadać postawienie go przed Trybunałem Stanu, ale uważam, że poziom antagonizmu i niechęci Nawrockiego wobec Tuska jest dziś bardzo wysoki. Widać to było choćby w filmiku premiera o „rumakowaniu”. To już pójście po bandzie. Znam trochę Karola Nawrockiego i wiem, że potraktował to bardzo osobiście.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Dwa wnioski dla Donalda Tuska, PiS i prawicy po wyborach w Krakowie

Czy Karola Nawrockiego nie będzie osłabiał Donald Trump, który chce porozumiewać się z Rosją i traci popularność w USA? Amerykanom nie podobała się również ostatnia rozgrywka wokół marcowego spotkania szefa MON z prezydentem.

Byłbym ostrożny. Myślę, że największe wpływy w otoczeniu Trumpa ma jednak nadal Adam Bielan, który odsłonił karty. Bielan będzie bardzo chciał, żeby Trump – jak uważają niektórzy – pomógł Nawrockiemu wygrać. Nie wykluczam, że Bielan i inni politycy PiS, zbliżeni do niego i mający kontakty w Białym Domu, będą zabiegali o taki scenariusz, w którym na kilka dni lub tygodni przed wyborami parlamentarnymi Trump powie: „Chcecie mieć tę bazę? To wybierzcie taki rząd, jaki poleca mój przyjaciel, prezydent Nawrocki”. Dlatego zadaniem rządu Tuska powinno być zrobienie wszystkiego, by jak najszybciej doprowadzić do podpisania porozumienia z Amerykanami, jeszcze przed kampanią wyborczą, a przynajmniej przed jej ostatnią fazą.

Sprawa amerykańskiej bazy będzie rozgrywana?

Tak, i to bardzo trudna sprawa. Bielan i jego ludzie zrobią wszystko, by do podpisania umowy nie doszło przed wyborami. A Trump już zaszkodził Nawrockiemu i prawicy, przynajmniej w oczach tych Polaków, którym miał zaszkodzić. Mam jednak wrażenie, że istnieje grupa obywateli, dla których najważniejsze jest to, by Amerykanie ustanowili bazę w Polsce, bo traktują ją jako polisę ubezpieczeniową. Ta kwestia może odegrać bardzo istotną rolę. Moim zdaniem jednak nie pomoże Tuskowi, a może mu zaszkodzić.

Prof. Antoni Dudek

Politolog, historyk, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego