Według Antoniego Czechowa strzelba zawieszona na ścianie w akcie pierwszym musi wybuchnąć w akcie trzecim. Inaczej nie byłoby sensu jej wieszać. I choć jest to termin dotyczący scenopisarstwa, pasuje też do polityki. Strzelba, którą zawiesił w piątek premier Donald Tusk nad Jolantą Sobierańską-Grendą oraz szefem NFZ-u Filipem Nowakiem, w środę nie wybuchła, bo to minister zdrowia jednak przedstawiała propozycje, które mają być antidotum na  kryzys w ochronie zdrowia. Do dymisji więc nie doszło. Pozostaje więc pytanie, czy ta strzelba była zawieszona na serio?

Od samego początku kryzysu ze Szpitalem Południowym mówiło się w koalicji, że premier Donald Tusk wcale nie ma zamiaru przeprowadzać zmian personalnych w MZ. Gdyby to zrobił, przyznałby się do własnego błędu, którym było jej powołanie w ubiegłym roku. Jej atutem miała być „apolityczność i fachowość”, a nie umocowanie polityczne. A to w praktyce oznacza, że gdy w zakresie ochrony zdrowia wybuchł kryzys, to właśnie premier Tusk jest ministrem odpowiedzialnym politycznie za tę sferę. Dlatego też to on, przynajmniej przez pierwsze tygodnie, brał na siebie ciężar tego kryzysu. Środowa konferencja Sobierańskiej-Grendy była w praktyce o wiele tygodni spóźniona, a likwidacja „politycznego ministerstwa” obróciła się przeciwko Tuskowi. 

Czytaj więcej

Minister zdrowia zapowiada zmiany. „Wprowadzimy maksymalny poziom wynagrodzeń”

Opóźnione konsekwencje afery będą długoterminowe

Konsekwencje polityczne? Sondaże, co oczywiście nie jest żadnym zaskoczeniem, nie pokazują żadnych większych zmian dla Koalicji Obywatelskiej poza marginalnymi spadkami. Wyborcy Koalicji Obywatelskiej albo są twardym elektoratem, który dostał już opowieść o starciu dwóch lekarzy ze Szpitala Południowego, albo nie mają żadnej wiarygodnej alternatywy dla Koalicji Obywatelskiej. Jednak samouspokojenie sondażami może być dla KO niebezpieczne. 

Z jednej strony problemem jest wizerunek, bo do Koalicji Obywatelskiej przykleiła się, być może już trwale, twarz lekarza i młodego polityka, byłego radnego Dawida Kacprzyka. Z drugiej strony ryzykiem jest efekt demobilizacji elektoratu. Nie chodzi o to, że Koalicja zacznie teraz jeszcze szybciej tracić, ale przede wszystkim to, że nie będzie mogła w przyszłości znacząco rosnąć. To problem, gdy na horyzoncie są już widoczne wybory parlamentarne. 

Warto odwołać się tutaj do badania fokusowego CBOS z kwietnia tego roku, które pokazało, jak wielką niechęć do środowiska lekarskiego oraz do elit w ogóle mają najbardziej zdemobilizowani wyborcy. Jeśli efekt tej niechęci do elit przeniesie się na już aktualnych wyborców, to w praktyce można dojść do sytuacji, w której łatwiejszy będzie dalszy proces ich demobilizacji. I to jest właśnie dziś największe ryzyko dla Koalicji Obywatelskiej: demobilizacja właśnie tego mniej rdzeniowego elektoratu, klasy średniej z symbolicznego Jagodna, systematyczna, powolna erozja, a nie tąpnięcie.

Co więcej, z naszego nowego badania IBRiS dla Rzeczpospolitej wynika ponadto, że większość wyborców Koalicji Obywatelskiej nie traktuje tej partii jako idealnej. 54 proc. głosujących na największą partię koalicji rządzącej uznaje ją za mniejsze zło. Gdy notowania spadają poniżej 27-28 proc., KO przestanie być dla ludowców atrakcyjnym sojusznikiem, można wypatrywać reakcji PSL. A wtedy spadek poparcia dla partii Donalda Tuska będzie trwały i systemowy. 

Atmosfera z 2014 r. to kolejny problem KO

To jednak tylko jedno ze zmartwień Donalda Tuska. Potencjalnie mobilizacja elektoratu może być odzyskana na przykład poprzez załatwienie ważnych dla tej grupy spraw. Rząd może spróbować wprowadzić podwyższenie drugiego progu podatkowego albo stopniowo zwiększać kwotę wolną albo zdecydować o działaniach zwiększających dostęp do mieszkań albo regulujących najem krótkoterminowy. To wszystko jest bardzo trudne ze względu na koszty dla budżetu. Ale przecież nie jest niemożliwe.

Czytaj więcej

Dominika Pietrzyk: Kosmetyka zamiast reformy ochrony zdrowia. Rząd chce uspokoić nastroje

Ale największym i najważniejszym realnym ciosem, który być może dotknął Koalicję Obywatelską przez tę aferę, nie jest to, że straciła potencjalne szanse na mobilizację nowych grup wyborców, ale to, że dzięki tej aferze pojawiło się myślenie o tym, że władza Koalicji Obywatelskiej jest władzą schyłkową, jak w 2014 r., a zwycięstwo opozycji jest niemal nieuniknione. Pojawiające się wielokrotnie w ostatnich tygodniach wśród komentatorów tego typu twierdzenia to dla Tuska duży problem. I premier nie ma chyba jeszcze pomysłu na to, jak to skontrować. Tusk jest mistrzem kreowania i budowania narracji, więc zagrożenie w sferze narracyjnej jest dla niego największe, bo uderza w samo serce jego metody uprawiania polityki. 

Jak pisaliśmy w poniedziałek, politycy Koalicji Obywatelskiej oczekiwali bardziej zmian systemowych niż dymisji minister zdrowia. Nie jest jasne, czy środowa konferencja prasowa spełniła te oczekiwania. Na pewno z tej perspektywy jest krokiem w dobrym kierunku, który stabilizuje w pewnym sensie sytuację. Ale pacjent nadal krwawi.

Co do innych, bardziej fundamentalnych kwestii, ta konferencja nie zmienia w praktyce nic lub niewiele. Strzelba Czechowa ze Szpitala Południowego, zawieszona nad premierem w chwili pierwszej publikacji o Kacprzyku, jest aktualnie coraz bliższa wybuchu w 2027 r.