Czy wybory za 10 miesięcy będą oznaczać koniec Belgii?

Skrajna prawica we Flandrii, marksiści w Walonii: wybory za dziesięć miesięcy mogą oznaczać koniec Belgii.

Publikacja: 14.08.2023 03:00

Tom Van Grieken, lider flamandzkich nacjonalistów

Tom Van Grieken, lider flamandzkich nacjonalistów

Foto: materiały prasowe

Z sondażu na sondaż marzenie Toma Van Griekena nabiera coraz bardziej realnych kształtów. Kierowany przez niego Vlaams Belang (Interes Flamandzki) umacnia w nich pozycję największego ugrupowania nie tylko w północnej prowincji kraju, ale i w całej Belgii. Jeśli 37-letni lider skrajnie prawicowego, populistycznego ugrupowania dowiezie ten wynik do wyborów w czerwcu przyszłego roku, to jemu król Filip zleci misję powołania nowego rządu.

– To będą ostatnie dni Belgii – zapowiada, odwołując się do pierwszego punktu programu partii, Grieken.

Czytaj więcej

Carles Puigdemont – zdrajca czy zbawca Hiszpanii?

Droga katalońska

Lider VB chce rozwiązać mające w 2030 r. świętować 200-lecie swojego istnienia królestwo na dwa sposoby. Po pierwsze w samej Flandrii. Tu chciałby utworzyć koalicję z Nowym Sojuszem Flamandzkim (NvA), nacjonalistycznym, bardziej umiarkowanym ugrupowaniem, które jednak także dąży do utworzenia nowego państwa na gruzach Belgii. Obie partie zbierają razem około połowy flamandzkiego elektoratu, co bez trudu przekłada się na większość w regionalnym parlamencie. W takim przypadku Grieken w roli premiera Flandrii nie troszczyłby się o podjęcie negocjacji w sprawie rozwiązania Belgii z przedstawicielami Walonii oraz Brukseli (pozostałe dwa regiony, na jakie składa się kraj), co przewiduje konstytucja. Wie, że nie ma szans na zebranie wymaganego dla takiej reformy poparcia dwóch trzecich parlamentu federalnego.

Francuskojęzyczna część ludności Belgii, zależna od transferów finansów od bogatszego sąsiada z północy, nigdy się na to nie zgodzi. Grieken planuje więc przyjęcie jednostronnej deklaracji niepodległości, co jego zdaniem „zmusi” Walonów i brukselczyków do negocjacji. Byłoby to swego rodzaju powtórzenie „katalońskiej drogi”, która opierała się na rozpisanym pięć lat temu, nielegalnym referendum niepodległościowym (jego autor, Carles Puigdemont, znalazł schronienie w Belgii dzięki wsparciu flamandzkich nacjonalistów).

Do tej pory NvA respektowała jednak „kordon sanitarny”, jaki został roztoczony wokół Vlaams Belang od powstania partii w 1978 r. To kosztowało jednak ugrupowanie kierowane przez burmistrza Antwerpii Barta De Wevera sporo. Wchodząc w koalicję z partiami liberalnym czy nawet lewicowymi byle nie grać z Griekenem, stopniowo straciło dominującą pozycję u coraz bardziej radykalnego flamandzkiego elektoratu. Dziś De Wever wraca więc do radykalnego języka. I on zapowiada, że sięgnie do środków „obok prawa”, aby doprowadzić do zadania śmiertelnego ciosu Belgii. Jego celem miałoby co prawda nie być od razu powstanie niepodległej Flandrii. tylko przekształcenie królestwa, dziś luźnej federacji, w konfederację. Co (i czy w ogóle coś) łączyłoby w takiej strukturze Flamandów, Walonów i brukselczyków – nie wiadomo.

Czytaj więcej

Kosztowne marzenie Flamandów

Paraliż federacji belgijskiej

Gdyby jednak Van Griekenowi nie udało się przekonać De Wevera do utworzenia koalicji we Flandrii, ma drugi sposób na wysadzenie Belgii w powietrze. Po ostatnich wyborach w 2019 r. potrzeba było niemal 500 dni na utworzenie rządu siedmiu ugrupowań, na którego czele stoi premier Alexander De Croo. Tym razem może to nie tylko trwać jeszcze dłużej, ale jest całkiem prawdopodobne, że będzie w ogóle niemożliwe. Nie tylko do Flamandów coraz bardziej trafiają hasła skrajnej prawicy, ale i Walonia poszła w zupełnie innym kierunku. Tu Partia Pracujących Belgii (PTB), marksistowskie ugrupowanie, które nigdy nie odwołało swojego poparcia dla Czerwonych Khmerów czy nie przestało zaprzeczać, że 4 czerwca 1989 r. doszło do masakry na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, tak rośnie w sondażach, że ma już poparcie równe tradycyjnie najważniejszym partiom regionu, liberalnej MR i Partii Socjalistycznej (PS).

Sukces PTB jest pochodną tego, że w Walonii nigdy nie udało się zakorzenić na dobre Frontowi Narodowemu, belgijskiej odmianie ruchu Marine Le Pen. Głos protestu zamiast na skrajnej prawicy skoncentrował się więc na skrajnej lewicy. Jego bastionami były początkowo miasta upadającego hutnictwa i kopalń węgla, jak Charleroi i Liege, ale stopniowo zdobył zwolenników w calej prowincji, a nawet w Brukseli i Flandrii. Jednak poza Paulem Magnette, liderem walońskich socjalistów, nikt nie chce budować koalicji z PTB, ugrupowaniem, które w kraju z jednymi z najwyższych podatków w Europie chce jeszcze bardziej podkręcić presję fiskalną. W Walonii, jak we Flandrii, też obowiązuje więc kordon sanitarny, tylko innego rodzaju.

Grzechy Belgii: ludobójstwo w Kongo, kolaboracja z Hitlerem

Przy takim układzie zbudowanie większościowej koalicji na poziomie federalnym po prostu może okazać się niemożliwe. Na to właśnie liczy przywódca Vlaams Belang. Zakłada, że w takim przypadku jeszcze więcej mieszkańców królestwa dojdzie do wniosku, iż osiągnęło ono stan agonalny.

Belgia od początku powstała na podstawie karkołomnego kompromisu. Gdy 15 lat po upadku Napoleona w większości francuskojęzyczny kraj chciał się oderwać od Niderlandów, uznano, że nie zostanie włączony do Francji. Powstało więc w 1830 r. królestwo łączące ludność o kulturze romańskiej i germańskiej, przy czym w drugiej połowie XX wieku marginalizowani Flamandowie zdobyli tu dominująca pozycję.

Czytaj więcej

Drugi proces dekolonizacji. Późny żal króla Belgów

Oficjalnie Belgia zawsze była uważana za jedno z tych państw, które najmocniej opowiadają się za budową federacyjnej Unii. Po części z powodów historycznych za tą fasadą wyrosło jednak bardzo silne, natywistyczne ugrupowanie. Kraj nigdy nie rozliczył się z ludobójstwa dokonanego w Kongu, gdy ofiarą belgijskich kolonizatorów padło około 10 mln Afrykanów. Do dziś w centrum Brukseli stoi konny pomnik Leopolda II, który patronował tej zbrodni. Ale Belgia nie rozliczyła się też z kolaboracji z nazistowskimi Niemcami, przede wszystkim we Flandrii. To powoduje, że tak wielu mieszkańców kraju nie ma oporów przed oddaniem głosu na skrajną prawicę.

Głosy protestu podsyca jednak także masowa imigracja, przede wszystkim z krajów muzułmańskich. Malutka (13,5 tys. km kw.) Flandria, gdzie gęstość zaludniania sięga już 500 osób/km kw., obawia się, że z tego powodu straci swoją tożsamość. Problemem pozostaje jednak los Brukseli: miasta francuskojęzycznego, ale otoczonego przez Flandrię. O ile w razie rozpadu Belgii katolicka Flandria nie połączy się z protestancką Holandią, o tyle Walonia najpewniej zostanie włączona do Francji.

Z sondażu na sondaż marzenie Toma Van Griekena nabiera coraz bardziej realnych kształtów. Kierowany przez niego Vlaams Belang (Interes Flamandzki) umacnia w nich pozycję największego ugrupowania nie tylko w północnej prowincji kraju, ale i w całej Belgii. Jeśli 37-letni lider skrajnie prawicowego, populistycznego ugrupowania dowiezie ten wynik do wyborów w czerwcu przyszłego roku, to jemu król Filip zleci misję powołania nowego rządu.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Polityka
Unia Europejska w obliczu dwóch wojen. Bruksela szuka porozumienia ws. Ukrainy i Strefy Gazy
Polityka
Wybory na prezydenta Litwy. Gitanas Nausėda znów pokonał Ingridę Šimonytė
Polityka
Wszystkie drogi republikanów prowadzą do Trumpa
Polityka
Miedwiediew komentuje słowa Sikorskiego. "Amerykanie są ostrożniejsi niż Polacy"
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie
Polityka
Donald Trump wygwizdany i wybuczany na konwencji
Materiał Promocyjny
Jak sztuczna inteligencja może być wykorzystywana przez przestępców cybernetycznych?