Dla Nowogrodzkiej – gdzie mieści się siedziba Prawa i Sprawiedliwości – to jeden z najważniejszych projektów tej jesieni. Sejm w środę, po długim czasie zakulisowych rozmów m.in. z Pałacem Prezydenckim – zajął się projektem, który przesuwa wybory samorządowe na wiosnę 2024 roku na pół roku po konstytucyjnym terminie wyborów do Sejmu. Opozycja projektowi się sprzeciwia, ale w kuluarach trwają od pewnego czasu analizy tego, co w praktyce będzie oznaczała zmiana terminu elekcji – dla strategii wszystkich partii i samorządowców.

A w tle w sejmowych kuluarach trwały dyskusje i rozważania – również, a może przede wszystkim w samym PiS – rozmowy o tym, czy dojdzie do politycznego przesilenia i czy realna jest zmiana na stanowisku premiera.

Czytaj więcej

Blisko przesilenia w PiS. Odejście Dworczyka to kwestia dni?

Z naszych rozmów z politykami PiS wynika, że wszystko przemawia za tym, że do żadnych zmian nie dojdzie, a przesilenie może mieć się ku końcowi – przynajmniej w obecnej fazie.

Ważne dla PiS było też to, że w środę nie ujawniły się problemy z większością sejmową. W głosowaniu nad odrzuceniem w całości w I czytaniu projektu ustawy przesuwającej wybory samorządowe za było 208 posłów opozycji, przeciwko 222 parlamentarzystów partii rządzącej. Projekt trafił do komisji, a finałowe głosowanie nad ustawą było zaplanowane już po zamknięciu tego wydania „Rz”.

Efekt kuli śnieżnej

Politycy opozycji, z którymi rozmawialiśmy, zwracają uwagę na dwa podstawowe elementy tej sytuacji. Pierwszy z nich to dążenie PiS do uniknięcia „efektu kuli śniegowej”, gdyby wybory samorządowe odbyły się wcześniej niż parlamentarne. Opozycja kalkuluje bowiem, że PiS wybory samorządowe przegra, a to miałoby z kolei wpływ na wybory do Sejmu – podobnie jak w roku 2015 wybory prezydenckie i w roku 2019 wybory do europarlamentu miały wpływ na wynik i przebieg jesiennych kampanii do Sejmu. Po przesunięciu wyborów samorządowych na wiosnę 2024 roku ich wynik wpłynie co najwyżej na dynamikę kampanii do PE, ale zgodnie z obecnym kalendarzem będzie miała ona dużo mniejsze znaczenie niż walka o Sejm i Senat.

To jeden element kuluarowych rozważań. Drugi dotyczy decyzji, którą będą musieli podjąć samorządowcy – przede wszystkim związani z opozycją. Bo przesunięcie wyborów samorządowych oznacza, że jeśli np. prezydent dużego miasta będzie chciał kandydować do Sejmu, to w razie objęcia mandatu rząd PiS będzie mógł w tym mieście na kilka miesięcy wyznaczyć komisarza, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Politycy PiS, jak i opozycji traktują zmianę terminu wyborów samorządowych jak coś przesądzonego, zwłaszcza że nie widać w tej chwili ani zagrożenia dla sejmowej większości, ani weta prezydenta Andrzeja Dudy.

Koniec przesilenia?

Równolegle z pracami nad strategiczną dla wszystkich uczestników sceny politycznej ustawą o terminie wyborów samorządowych w PiS pojawiły się sygnały o końcu przesilenia politycznego – i odsunięciu poważnych rozważań personalnych. – Po zimie nastąpi powrót do tematu – przewiduje jeden z naszych informatorów.

Zgodnie z planem opisywanym już przez „Rzeczpospolitą” w czwartek odbędzie się wyjazdowe posiedzenie klubu PiS, a w piątek najpewniej kolejne posiedzenie ścisłych władz partii (prezydium komitetu politycznego, w skrócie pkp). To oznacza, że nie powiodły się zamysły przeciwników premiera, którzy chcieli doprowadzić do decyzji Komitetu Politycznego (39 osób) o odwołaniu Morawieckiego. Do takiego posiedzenia miało dojść zgodnie z tym planem już w piątek. Ale po kilkudziesięciu godzinach wewnętrznych emocji i nerwów okazało się, że posiedzenia Komitetu jednak nie będzie. O zmianie premiera – co wynika z naszych rozmów – nie chcieli słyszeć m.in. posłowie z tylnych szeregów. Co nie zamyka spraw innych zmian personalnych, np. odejścia z rządu szefa KPRM Michała Dworczyka czy hipotetycznego wejścia do rządu Jacka Kurskiego.