W Stanach Zjednoczonych jest około 64 milionów kobiet w wieku rozrodczym, a ponad połowa z nich mieszka w stanach, które mogą ograniczać dostęp do aborcji, jeżeli Sąd Najwyższy podważy wcześniejsze postanowienie w sprawie Roe v. Wade z 1973 r.

Decyzja ta zalegalizowała aborcję w USA, bo ustanowiła federalne prawo do przerywania ciąży do momentu, gdy płód jest w stanie przeżyć poza łonem matki, wówczas do 28 tygodnia, a dziś – dzięki postępowi medycyny – 23–24 tygodnia ciąży.

Zaostrzenie prawa zwiększy turystykę aborcyjną do liberalnych stanów

Jeżeli Sąd Najwyższy w najbliższych miesiącach wycofa decyzję sprzed pół wieku – czego obawiają się obrońcy tego prawa po tym, gdy w ubiegłym tygodniu wyciekła do mediów wstępna opinia SN dotycząca głosowania na ten temat – to o kwestiach dotyczących aborcji znowu, jak przed 50 laty, decydować będą poszczególne stany. Dla tych konserwatywnych to zielone światło do wprowadzania praw ograniczających możliwość usuwania ciąży.

W oczekiwaniu na taki właśnie krok Sądu Najwyższego, w którym po kadencji Donalda Trumpa liberalni członkowie są w mniejszości, restrykcyjne prawa już zatwierdzili ustawodawcy m.in. na Florydzie, gdzie usuwanie ciąży od 1 lipca będzie zabronione po 15 tygodniu ciąży, w Teksasie, gdzie od września aborcji nie można dokonywać po szóstym tygodniu ciąży oraz w Oklahomie, gdzie od sierpnia za przerwanie ciąży będzie można trafić do więzienia na dziesięć lat.

Około 28 innych stanów może pójść w ich ślady, w tym Luizjana, gdzie pojawił się wniosek ustawy, na mocy której aborcja traktowana byłaby jak morderstwo. Konsekwencją tych ograniczeń będzie wzrost turystyki aborcyjnej do stanów, które już wprowadzają lub mają zamiar wprowadzić ustawy chroniące prawo do usuwania ciąży, takich jak Kalifornia, Illinois, New Jersey, Montana czy w sześciu stanach Nowej Anglii, gdzie poparcie dla aborcji wyrażają nawet gubernatorzy republikańscy.

Środowiska liberalne ostrzegają, że podróże w celu przerwania ciąży do innego stanu nie będą jednak na każdą kieszeń, tym bardziej że w przypadku mieszkanek południa będą to musiały być dalekie wyprawy do stanów północnych. – Kobiety zamożne zawsze znajdą sposób. Najbardziej ucierpią mniej zasobne kobiety, nastolatki oraz imigrantki, które boją się przekraczać granice stanów ze względu na kontrole imigracyjne – mówi w wywiadzie dla „NYT” Melissa Flournoy, działaczka zaangażowana w walkę o prawa kobiet.

Czytaj więcej

Aborcja – sposób na Trumpa

Chociaż liczba wykonywanych aborcji w USA sukcesywnie spada od roku 1980 dzięki dostępowi do środków antykoncepcyjnych i wczesnoporonnych, kliniki aborcyjne w stanach, które pozwalać będą na te zabiegi, szykują się na oblężenie w momencie, gdy Roe v. Wade zostanie obalone. – W całym ekosystemie opieki aborcyjnej nie ma teraz ani nie będzie wystarczająco dużo środków na opanowanie katastrofy, która nas czeka – mówi w wywiadzie dla NBC News dr Colleen McNicholas z jednej z klinik aborcyjnych w stanie Illinois, który szykuje się na 20 tysięcy pacjentów spoza regionu rocznie.

Dyskusja na temat Roe v. Wade i walka o dostęp do aborcji dodaje energii demokratom w zbliżających się wyborach połówkowych. Republikanie natomiast znaleźli się w trudnym położeniu. Chociaż o obalenie Roe v. Wade walczą od lat, to teraz z niepewnością podchodzą do tematu z obawy o konsekwencje polityczne i stronią od publicznego zabierania głosu.

Demokraci na czele z prezydentem Joe Bidenem też z obawą patrzą na inne przywileje zagwarantowane na mocy decyzji Sądu Najwyższego, w tym małżeństwa homoseksualne czy antykoncepcję. – Na szali jest więcej niż aborcja. Co będzie kolejnym celem? – pytał retorycznie prezydent na spotkaniu z reporterami.