W Kazachstanie od początku tygodnia dochodziło do gwałtownych wystąpień przeciwko władzom, w związku z drastyczną podwyżką cen skroplonego gazu (LPG). Protesty doprowadziły do dymisji rządu i przywrócenia ceny maksymalnej na skroplony gaz, ale nie uspokoiło to nastrojów w kraju. W Ałmaty podpalono m.in. biuro burmistrza miasta, spłonęło też wiele samochodów.

W mieście doszło do starć protestujących z armią, m.in. w rejonie głównego placu w mieście, który w czwartek przechodził z rąk do rąk - raz kontrolowali go protestujący, raz żołnierze. Reuters cytował świadków mówiących o odgłosach eksplozji i strzałów w mieście. Po zapadnięciu zmroku odgłosy walki ustały.

W związku z zamieszkami w Kazachstanie wprowadzono stan wyjątkowy i wyłączono internet. Prezydent Kazachstanu, Kasym-Żomart Tokajew, odpowiedzialnością za wybuch zamieszek obarczył "szkolonych za granicą terrorystów". Władze kraju zwróciły się z prośbą o pomoc wojskową do państw Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB). Rosja wysłała do Kazachstanu żołnierzy wojsk powietrzno-desantowych.

Czytaj więcej

Opozycjonista z Kazachstanu: Kraj zmieni się w Białoruś. Putin odtwarza ZSRR

- Rozpoczęła się operacja antyterrorystyczna. Organy ścigania ciężko pracują. Porządek konstytucyjny został w większości przywrócony we wszystkich regionach kraju. Władze lokalne kontrolują sytuację - powiedział w piątek Kasym-Żomart Tokajew.

Wieczorem czasu polskiego w serii wpisów w języku angielskim prezydent Kazachstanu przedstawił na Twitterze swoją wersję wydarzeń w kraju. "2 stycznia poleciłem rządowi szybko odpowiedzieć na obawy protestujących w Zachodnim Kazachstanie i wdrożyć pakiet środków regulujących cenę gazu LPG" - napisał. Dodał, że protesty w Ałmaty i kilku innych regionach kraju przerodziły się w zamieszki. "Dlatego zdecydowałem się odwołać rząd i wprowadzić godzinę policyjną" - oświadczył Kasym-Żomart Tokajew.

Prezydent napisał, że "mimo tych wszystkich wysiłków" dochodziło do dalszej eskalacji przemocy - wybuchały zamieszki, atakowane były budynki rządowe i bazy wojskowe, doszło także do zajęcia miejscowych i zagranicznych samolotów na lotnisku w Ałmaty.

"Analiza sytuacji wykazała, że Kazachstan stoi w obliczu zbrojnego aktu agresji, dobrze przygotowanego i skoordynowanego przez sprawców i grupy terrorystyczne szkolone poza granicami" - stwierdził Tokajew. Dodał, że wydał rozkaz rozpoczęcia "operacji antyterrorystycznej" w celu wyeliminowania zagrożenia dla bezpieczeństwa kraju oraz obrony życia i mienia obywateli Kazachstanu.

Czytaj więcej

Kazachstan we krwi. Nikt nie wie, ile jest ofiar

"Obecnie w naszym kraju trwa akcja antyterrorystyczna. Policja prowadzi szeroko zakrojoną i dobrze skoordynowaną pracę. Gwardia Narodowa i siły zbrojne przywracają ład i porządek zgodnie z konstytucją" - kontynuował polityk. Poinformował, że wydał organom ścigania nakaz utworzenia grupy śledczej, która ujawni "przyczyny sytuacji, która doprowadziła do zbrojnego aktu agresji" oraz "postawi przed sądem tych, którzy złamali prawo". Tokajew przekazał, że siły ODKB pozostaną w kraju "przez krótki czas" do ustabilizowania się sytuacji.

W serii wpisów prezydent Kazachstanu oskarżył o ataki "bardzo dobrze wyszkolonych gangsterów i terrorystów, dowodzonych przez specjalny ośrodek". Według niego, część tych osób posługiwała się językami spoza Kazachstanu. "Było co najmniej sześć fal ataków terrorystów w Ałmaty, (w których) brało udział łącznie 20 tys. (osób)" - napisał. "Bili i zabijali policjantów i młodych żołnierzy, podpalali budynki władz, plądrowali prywatne posesje i sklepy, zabijali cywilów, gwałcili młode kobiety. W mojej opinii: żadnych rozmów z terrorystami, musimy ich zabić" - czytamy.

Prezydent Kazachstanu oświadczył jednocześnie, że jego kraj zapewni ochronę zagranicznym placówkom dyplomatycznym, będzie też chronił mienie zagranicznych firm i inwestorów. "Polityka otwartych drzwi do bezpośrednich inwestycji zagranicznych pozostanie podstawową strategią Kazachstanu" - zadeklarował.