Jak twierdzą politycy PiS, pomysł, choć nie nowy, kiedyś doskonale się sprawdził, więc nie ma powodów, by go teraz racjonalizować. Do dziś co bardziej doświadczeni parlamentarzyści wspominają pracę w Sejmie w latach 2001 – 2005. To właśnie wtedy partia Jarosława Kaczyńskiego przygotowywała się do przejęcia władzy i stworzyła coś na kształt gabinetu cieni. Choć politycy PiS zaklinają się, że ich pomysł niewiele ma wspólnego z gabinetem cieni, jaki np. opozycja tworzy w Wielkiej Brytanii, albo z zespołem, jaki w poprzedniej kadencji stworzyła PO.

Pomysł PiS jest prosty. – W Sejmie działa ponad 20 stałych komisji. To one tak naprawdę mają największą wiedzę o pracy poszczególnych ministerstw i je nadzorują. A w każdej z tych komisji mamy wyznaczoną osobę, która jest najbardziej kompetentna, więc koordynuje całe prace związane z daną sprawą – tłumaczy rzecznik Klubu PiS Mariusz Kamiński. I tak na przykład za sprawy zagraniczne odpowiada były wiceszef MSZ Paweł Kowal, za kwestie związane z kulturą i mediami – Elżbieta Kruk (była przewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji), za sprawy dotyczące Unii Europejskiej – Karol Karski, były wiceminister spraw zagranicznych, a za obronność – były minister obrony Aleksander Szczygło.

W poniedziałek do rzeczników dołączył Zbigniew Wassermann , były minister koordynator ds. służb specjalnych w rządzie PiS. Pod jego kierownictwem powstał nawet zespół, który będzie monitorować sytuację w służbach specjalnych. Zasiedli w nim posłowie PiS, którzy kiedyś pracowali w Sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, czyli Waldemar Wiązowski i Marek Opioła.

Powstanie zespołu ogłosił w poniedziałek prezes partii Jarosław Kaczyński. – Zespół będzie się starał patrzeć na decyzje rządu, działania służb po to, by ujawniać nieprawidłowości, żądać informacji, likwidować wszelkiego rodzaju wątpliwości, że mamy do czynienia z nieprawidłowym działaniem służb – zapowiedział przy okazji Kaczyński.

Rzecznik klubu zapewnia, że powstanie tego zespołu nie jest niczym nadzwyczajnym i nie oznacza, że PiS zmienia sposób funkcjonowania w opozycji, a więc recenzowania rządu. – U nas nie ma gabinetu cieni. Zresztą, co z tego, że w poprzedniej kadencji PO go powołała, skoro spośród kilkunastu osób, które zasiadały w tym gabinecie, do rządu Donalda Tuska weszły zaledwie dwie, i to jeszcze nie na stanowiska, na które się przygotowywały – ironizuje Mariusz Kamiński.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki a.sopinska@rp.pl