Nominacja Adama Andruszkiewicza i objęcie przez niego stanowiska wiceministra cyfryzacji stały się jednym z ważniejszych politycznych tematów na starcie nowego roku. Opozycja zgodnie krytykuje nominację, która zaskoczyła także wielu polityków Prawa i Sprawiedliwości.
Dowiedz się więcej: Adam Andruszkiewicz dzieli
- Nie mam głębszej wiedzy na temat pana Andruszkiewicza, natomiast patrząc z perspektywy ogólnej strategii politycznej, przypomina to metodę, którą w polityce bardzo często się partie rządzące posługują - zauważył w rozmowie z Radiem Zet prof. Andrzej Zybertowicz. - Tą metodą posługiwał się także Donald Tusk - dodał, nazywając ją "poszerzaniem skrzydeł".
- Myślę, że to jest o wiele mniej niedobre dla Polski niż przyciągnięcie gromady byłych aktywistów SLD i PZPR do PO, w tym niektórych zarejestrowanych jako tajni współpracownicy - stwierdził doradca prezydenta Andrzeja Dudy.
Zybertowicz bronił Andruszkiewicza przed zarzutem o znajdowanie się pod wpływem Kremla. Taką tezę forsował jeden z węgierskich think-tanków, publikując nazwisko byłego szefa Młodzieży Wszechpolskiej na liście polityków zależnych od Rosji (obok m.in. Janusza Korwin-Mikkego czy Mateusza Piskorskiego). - W tym dokumencie nie ma żadnego uzasadnienia tej tezy - zauważył politolog.
- Think tank, nie wiemy o jego reputacji, bo nikt na razie jeszcze nie sprawdził, może porządny, może nie, zalicza kogoś do pewnej kategorii, nie uzasadniając tego. Ja też mogę poprosić kogoś z jakiegoś think tanku w Polsce, jest ich setki, albo znajomych z think tanków zaprzyjaźnionych w UE, żeby podali jakąś informację bez żadnego uzasadnienia, a potem będziemy puszczali to w obieg medialny, powielali i robili z tego faktoid. Nie fakt, tylko fakt medialny - podkreślił Zybertowicz. - Dla mnie ta kontrowersja jest o wiele mniej uzasadniona niż dołączenie do partii posolidarnościowej, jaką była kiedyś PO, ludzi, którzy byli w PZPR oraz zarejestrowani jako tajni współpracownicy SB - dodał.