Zwracając się do zebranych na wiecu współprzewodniczący opozycyjnej partii Niebiesko-biali, Benny Gantz mówił, że to pierwszy protest w którym uczestniczy. - Izrael jest spełnieniem marzenia, ale jestem tu, by powiedzieć głośno i jasno to, co wszyscy czujemy, że to marzenie się rozpada. Są tacy, którzy chcą zastąpić wolę narodu rządami jednego człowieka i chcą zniewolić cały naród (podporządkowując go) interesom jednego człowieka - mówił Gantz.

- Nie będziemy milczeć, nie poddamy się nienawiści, nie ulegniemy podżegaczom. Nie pozwolimy, aby Izrael stał się prywatną rezydencją sułtana lub rodziny królewskiej - dodał.

Uczestnicy protestu mieli na głowach fezy - nakrycia głowy stylizowane na te, które były noszone w Turcji w czasie rządów dynastii Ottomańskiej. Niektórzy mieli ze sobą portrety prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana i transparenty z hasłami "Erdogan już tu jest".

Jeden z uczestników protestu wyjaśniał, że fez "symbolizuje reżim, któremu się sprzeciwiają, gdzie wszystko jest kontrolowane przez jedną osobę, a ludzie boją się wyrażać swoje poglądy". - Do tego zmierzamy - dodał.

Protest zorganizowały izraelskie partie opozycyjne - oprócz Niebiesko-białych także Partia Pracy i Merec. Do udziału w proteście nie zaproszono jednak przedstawicieli arabskiej opozycji w Knesecie.

Według doniesień izraelskich mediów Netanjahu i jego nowi koalicyjni partnerzy mieli uzgodnić zmiany w prawie wprowadzające możliwość ponownego przyjmowania ustaw zakwestionowanych przez Sąd Najwyższy, a także odbierające Sądowi Najwyższemu prawo do interweniowania w kwestii decyzji administracyjnych.

Zmiany w prawie mogłyby pomóc Netanjahu w uniknięciu postępowania przed sądem w związku z toczącymi się w jego sprawie postępowaniami w trzech sprawach korupcyjnych. Wszyscy spodziewają się, że Netanjahu poprosi Kneset o zagłosowanie nad udzieleniem mu immunitetu, który chroniłby go przed postępowaniem w tych sprawach. Przy obecnym stanie prawnym decyzję taką mógłby jednak uchylić Sąd Najwyższy.